Nie widziałem i nie spotkałem Jej nigdy wcześniej, nie poznałem Jej prawdziwego oblicza, prawdziwych marzeń, myśli, namiętności, radości, smutków ani lęków, Jej własnej, prawdziwej historii ani wspomnień. Przez cały czas, można by rzec, tak naprawdę leżała tylko w swoim zapomnianym, ukrytym przed światem grobie, odchodząc w nieistnienie, po cichu, potajemnie, niezauważona przez nikogo, spowita w zimną, kleistą mieszaninę ziemi, krwi i umierających późnojesiennych liści. Uznać by można to za koniec.
Śmierć przyszła wraz ze zmierzchem, tłumiąc ból ogarniający całe Jej marne ciało, przynosząc ulgę, nieziemską rozkosz w porównaniu z katuszami Jej ostatnich chwil. Śmierć owinęła się wokół Jej serca, otulając je niczym ciepłą pierzyną, tuląc do snu, spowalniając jego bicie, aż w końcu ustało zupełnie. Śmierć przeniknęła swym cieniem przez wytrzeszczone wciąż w szoku oczy, nie wiem po dziś dzień jakiego ostatecznie koloru, ale chyba złotego, najbardziej nie znanego mi ze wszystkich, które przyszło mi dojrzeć, gdy spoglądała na mnie, w każdym bądź razie zmętnione, zmęczone, puste i pozbawione życia.
Krew krzepła powoli, zastygając w ziemi, sklejając burzę Jej kasztanowych loków, plamiąc strzępy kremowej sukienki. Skóra wpadała powoli w coraz to bielsze i bardziej trupie odcienie, usta siniały rozwarte i zastygłe w bezgłośnym jęku pozbawionym jakiegokolwiek tchu.
Zastanawiam się, jak urodziwie musiała wyglądać zanim została ugodzona ostrzem sztyletu, zanim żywcem niemal wrzucono Ją do tego pospiesznie wykopanego grobowca – krwawej dziury, gdzieś poza Jej rodzinnym miasteczkiem, z dala od wzroku jego mieszkańców - zanim stało się to wszystko, co następowało po Jej śmierci. Co mogła robić na co dzień? Co wywoływało uśmiech na Jej twarzy? Jaka była i kim była? Jak już wcześniej napisałem: nie widziałem i nie spotkałem Jej nigdy wcześniej i pewnie nigdy bym nie zobaczył, jakże mogą się przecież skrzyżować drogi martwej dziewczyny z odległego o jakieś pięć mil miasteczka i przeciętnego, niczym nie wyróżniającego się artysty-pisarza z Londynu?
Jednak pojawił się on. Człowiek, a może i nie człowiek, który wprawił w ruch całą tę historię, niczym potężną maszynę złożoną z miliardów zębatek, zardzewiałą już, nieużyteczną, zepsutą i nienaprawialną, nie do ponownego uruchomienia, po tym jak przestała już raz pracować. On jednak tego dokonał, z dziecinną łatwością. Kim był? Ciężko odpowiedzieć mi na to pytanie, nawet po tym co przeszedłem. I chociaż to za jego sprawą przyszło mi poznać Ją, wolałbym, aby wszystko to, co się wydarzyło nie miało miejsca. Wolałbym żyć nawet bez świadomości, że istniała kiedykolwiek, chociaż cenne są dla mnie wszystkie wspomnienia z Nią związane, tak jak i wszystkie uczucia, którymi Ją obdarzyłem, może i bez wzajemności, może i fałszywe, tak naprawdę nieistniejące nigdy.
Tamtego listopadowego wieczora zjawił się nad Jej zapomnianym, niewidzialnym grobem. On wiedział. Jego sylwetka zamajaczyła najpierw na tle pni drzew, potem wyłoniła się z cienia, jakby on sam był cieniem, jakby to była jego natura, część jego, sam on, tak jakby był zrodzony z cieni. Chwilę potem urzeczywistnił się, zmaterializował pod ludzką postacią, wciąż jednak skryty w mroku i nierzeczywisty. Chociaż wiał porywisty wiatr, nie ulegała mu żadna część jego ciała. Po prostu istniał tam, w tym momencie, zawieszony jakby poza prawami natury i niewzruszony. Nie poruszały się ani jego luźno związane włosy, ani jego płaszcz. Stał tak przez chwilę, mierząc usypaną górkę ziemi swoim przeszywającym, chytrym, przebiegłym spojrzeniem, z odrobiną pożądliwości oraz nutą magnetyzmu, czegoś, co kobiety nazwałyby pociągającym, a na pewno przyciągającym i intrygującym. Było jednak w tych oczach coś bezsprzecznie niepokojącego, diabolicznego i przesiąkniętego złem - połyskiwały tylko raz po raz, w migoczącym świetle księżyca, jadowicie zielone i nieludzkie.
Można by rzec, że zakłócił Jej spokój, dany raz na zawsze, bo przecież martwych nie powinno się niepokoić. Z drugiej strony podarował Jej drugą szansę, drugie tchnienie, choć nie wiem jak wiele z Jej życia istniało w osobie, którą poznałem, pewnie niewiele…
Odgarnął całą przykrywającą ziemię i delikatnie zaczął unosić Jej ciało, leżące na dnie jak lalka rzucona w kąt przez znudzone dziecko, jak marionetka położona bezładnie, o poplątanych sznurkach. Ułożył Ją na plecach, widząc w Niej swój skarb, coś, czego szukał od dawna, swój ideał i swoje odkrycie, ostatni składnik, ostatni element potrzebny do zrealizowania jego celów i dążeń. Wokół rozpalił pięć woskowych świec, płonących bladym blaskiem, jakby knota nie wypalał zwyczajny ogień, tylko coś nie należącego do tego świata. Z kieszeni płaszcza wyjął kilka malutkich flakoników mieszczących co najwyżej kilkanaście kropel cieczy. Następnie rozdarł Jej brudną suknię na piersi, rozciął powyginany gorset i jął jakimś misternie wykonanym, srebrzystym narzędziem przebijać się przez Jej skórę, potem mostek, aż do odsłonięcia serca, na które zaczął w skupieniu wylewać, kropla po kropli, zawartość pierwszego flakonika.
I gdyby zdołał ukończyć swój rytuał, zapewne również nie wiedziałbym o Jej istnieniu. Zniknęłaby gdzieś w mroku, razem z nim, nigdy nie natykając się na nikogo, wydarta światu, który znamy. Jednak na pobliską drogę weszła para młodych kochanków, śmiejąc się do siebie zalotnie, płosząc tajemniczego jegomościa. Rozcięcie błyskawicznie zagoiło się pod wpływem substancji z drugiego flakonika, polane jednym szybkim ruchem, świece zgasły i zniknęły, podobnie jak i widmo zielonookiego mężczyzny, który rozpłynął się w mroku. Ona wróciła do swojego grobu, nakrywając się grubą pierzyną z piasku, aby dalej błogo i wiecznie śnić, nieświadoma niczego. Podobnie jak para kochanków, która legła na trawie ulegając swoim namiętnościom i rozkoszom, nie zauważając zupełnie drobnej, wyzierającej spod ziemi tuż obok nich dłoni wyciągniętej jakby chcąc uchwycić się ździebeł trawy czy liści, wspiąć się jeszcze na górę i odżyć jeszcze na chwilę.