Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Rozdział II: „Lacrimosa dies illa…”

Rozdział II: „Lacrimosa dies illa…”

To był jeden z tych nieprzyjaznych, późnojesiennych dni. Ciął lodowaty wiatr i deszcz lał się bez ustanku z gęstej kotary stalowoszarych chmur przysłaniającej resztki słonecznych promieni, spowijając Anglię mroczną mgłą. Młoda guwernantka, Millicent Grey, stanąwszy w progu ostatniego z londyńskich budynków, do których miała dzisiaj się udać, spojrzała w szalejące niebo i głęboko westchnęła. Otworzyła swoją parasolkę, decydując się na przejście przez ulewną kurtynę do czekającego na nią powozu.
- Proszę jechać przez Burnsbury. – powiedziała do woźnicy zatrzaskując za sobą drzwiczki. Wewnątrz słychać było jedynie tłumione bębnienie kropel deszczu, było spokojniej i cieplej.
Burnsbury leżało nieopodal drogi łączącej Londyn z posiadłością w Scarlet Hill, toteż za każdym razem, kiedy Millicent posyłana była do Londynu w celu załatwienia wszelkich sprawunków, zahaczała o to małe miasteczko w drodze powrotnej, wstępując na moment do domu Lucy Hartley, swojej najserdeczniejszej przyjaciółki jeszcze z lat dziecięcych, z którą do dziś pozostawała w bliskim kontakcie poprzez wzajemne odwiedziny lub listowną korespondencję.
I tym razem postanowiła zajrzeć do domu państwa Hartleyów, zważywszy na fakt, iż od tygodnia nie otrzymała żadnych wieści od Lucy. Wszakże siedem dni to prawie żaden okres czasu by można by uznać, że coś jest nie tak, jednak z drugiej strony Lucy nie była osobą, która nie pojawiwszy się na umówionym spotkaniu nie posyłała żadnej informacji tłumaczącej jej nieobecność czy zmianę planów lub przeprosin. To nie leżało w jej pokornej naturze. Cokolwiek się wydarzyło, nie szkodziło jej odwiedzić.
Podróż dłużyła się, bo koła powozu nie chciały obracać się w błocie powstałym na drogach. Millicent wyjrzała przez okienko powozu. Przejeżdżali właśnie przez las, pozbawiona kolorów mozaika drzew i krzewów przesuwała się leniwie z pola widzenia. W górze nagie, czarne gałęzie tworzyły sklepienie jakby z czarnej pajęczyny. Leśna droga przypominała upiorny tunel.
„Dlaczego nie przyszła?” – coś nakierowało myśli dziewczyny na sprawę Lucy. Wiedziała, że to tylko jedno spotkanie, które nie doszło do skutku, nic ważnego. – „Coś jej wypadło, a list jeszcze nie doszedł… Wszystko jest możliwe”. Ziarnko niepokoju zasiane zostało jednak w tych rozmyślaniach, coś kazało sądzić, że to nie był przypadek, nie natłok spraw. Millicent zmarszczyła brew. „Coś musiało się stać”.
To samo przeczucie wciąż trzymało się jej, gdy pukała w drzwi domu Hartleyów. Do tego dochodziła jeszcze ponura atmosfera tworzona przez okolicę. Cmentarna, szara do granic możliwości aura listopada.
Drzwi otworzyły się raptownie po serii dziecięcych tupnięć. Mała dziewczęca główka wystrzeliła na zewnątrz witając gościa. Na chwilę zapanowało wewnętrzne ciepło.
- Millie! – wykrzyknęła radośnie Liliann, szczerząc w ogromnym uśmiechu szereg bielutkich ząbków i spoglądając wesołymi, iskrzącymi, błękitnymi jak letnie niebo oczętami.
- Cześć Lily! – odrzekła Millicent gładząc małą po złotych włosach i pozwalając małym rączkom ciągnąć się za narzucony na ramiona płaszczyk. Dziewczynka po chwili przestąpiła o krok w tył wpuszczając przybyszkę do środka. Wewnątrz panował półmrok rozświetlany gdzieniegdzie płomieniami świec. Jedyne okno przez które mogłoby wpadać i tak nikłe tego dnia światło przesłonięte było wyblakłą, czerwoną zasłoną z lichej tkaniny. Stara, przykurzona drewniana podłoga pojękiwała z każdym postawionym na niej krokiem. Gdzieś po środku izby zarysowywały się kontury stołu stojącego po środku, a dookoła niego poustawianych pod ścianami licznych szafek z szufladami i półkami. W rogu, plecami do wejścia, nad umywalką, czyszcząc stertę naczyń - sądząc po odgłosie kapiącej wody i szczękania talerzy - stała Eleanor Hartley.
- Dzień dobry, pani Hartley. – powitała ją Millicent, starając się brzmieć uprzejmie. Nie darzyła jej pozytywnymi uczuciami, było w tej kobiecie coś niepokojącego, odstraszającego, nie pozwalającego polubić. Zresztą nawet Lucy wielokrotnie wspominała, że jest dość trudną osobą, surową dla Liliann, zamkniętą i łatwo wpadającą w gniew. Ponoć zdenerwować potrafiła ją nawet gra na pianinie, a przecież Lucy tak pięknie potrafiła grać! Mimo tych słowiczych dźwięków jakie wydobywały się spod palców tej dziewczyny, po wprowadzeniu się Eleanor do tego domu klapa pianina została zamknięta na kłódkę, a klucz do niej przepadł.
- Witaj. – odpowiedziała beznamiętnie Eleanor, nie przerywając pracy. Po chwili jednak zakręciła kurek, odwróciła się wyniośle i powoli, mierząc Millicent z góry surowym wzrokiem, a potem zupełnie niespodziewanie wykrzywiła usta w najuprzejmiejszym uśmiechu na jaki tylko było ją stać. – Cóż cię tu sprowadza, panienko Grey?
- Wracałam z Londynu, proszę pani. – odrzekła po chwili, nieco zaskoczona i zmieszana nagłą zmianą nastawienia pani Hartley. – Pomyślałam, że mogłabym odwiedzić Lucy.
Twarz Eleanor ogarnął, nieco zbyt gwałtownie, smutek i głęboka zaduma, zdająca się być raczej teatralnym gestem, bardziej niż szczerą emocją, gdy zaczęła mówić, nazbyt jak na tę sytuację, przejętym głosem.
-Tak mi przykro, ale Lucy nie ma w domu. Nie powróciła odkąd wyszła na spotkanie z panienką… - tu spauzowała na moment, a potem znów uśmiechając się sztucznie, żywo dodała – Paskudna dziś pogoda. Pewnie panienka przemarzła. Proszę usiąść. Może herbaty?
- Nie, dziękuję… - odpowiedziała cicho Millicent zajmując miejsce przy stole i zastanawiając się nad wyjątkowo dziwnym zachowaniem pani Hartley. Dlaczego pani Hartley tak raptownie zmieniała maski? Dlaczego używała tych masek? Zaniepokojona niezrozumiałą sytuacją oraz zniknięciem przyjaciółki, powiedziała – Lucy miała spotkać się ze mną w zeszły czwartek w Scarlet Hill, to prawda, ale nie pojawiła się tam.
Eleanor zerknęła ostro na Liliann stojącą cicho pod ścianą i przysłuchującą się rozmowie z zaintrygowaniem. Jej oczy z wytęsknieniem i zniecierpliwieniem zdawały się wpatrywać w osobę Millicent, jakby miała ona przynieść kilka pocieszających nowin, jakichkolwiek wieści dotyczących jej ukochanej przyjaciółki, siostry, opiekunki i strażniczki spokoju. Jej matka jednak wskazała tylko głową drzwi do sąsiedniego pokoju, marszcząc brwi przybierając groźny wyraz twarzy. Liliann ze spuszczoną główką odmaszerowała smutnie.
- A więc mówi panienka… Nie przyszła? – powiedziała Eleanor, jakby zaciekawiona i usiadła przy stole naprzeciwko Millicent, wpatrując się w nią szeroko rozwartymi oczami.
- Nie dostałam od niej żadnego listu, w których tłumaczyłaby swoje zniknięcie. – odparła zmieszana guwernantka czując na sobie palący wzrok pani Hartley. Było w nim coś przerażającego, przypominającego spojrzenie szaleńca – Jeśli nie wróciła od tamtej pory, czułabym się zaniepokojona…
- Na pewno uciekła. – przerwała jej kobieta stanowczym tonem i mrużąc oczy w grymasie czegoś przypominającego obrzydzenie.
- Nie rozumiem, jak to uciekła?
- Uciekła… a teraz mieszka gdzieś ze swoim kochasiem. – odrzekła pewnie.
- Nic mi nie mówiła… - cicho powiedziała Millicent przenosząc wzrok na podłogę, próbując ukryć swoje zdumienie. Lucy nie była przecież osobą, która zniknęła by bez słowa, może nie mówiłaby nic swojej macosze, ale swojej najlepszej przyjaciółce na pewno.
- Tyle tego wszystkiego na ulicach, wszędzie tylko nierząd i rozpusta, wcale by mnie to nie zdziwiło, zresztą, nie raz już widziałam Lucy… w objęciach… jak dawała się obściskiwać… - wycedziła pełnym złości głosem.
- Lucy?!  Ona…
- Ona nie jest tak nieskazitelna jak się wszystkim wydaje. – warknęła Eleanor pochylając się w stronę Millicent. Zdenerwowana nagłym przypływem gniewu pani Hartley dziewczyna usiłowała odchylić się jak najdalej od stołu.
- To chyba jakieś nieporozumienie, pani Hartley. – odrzekła stanowczo – Lucy? Rozpusta i nierząd? To najskromniejsza i najczystsza osoba jaką znam, a znam ją dostatecznie długo, aby to wiedzieć… Pani Hartley, dlaczego oskarża ją pani o takie rzeczy? Nie zrobiłaby czegoś takiego!
- Nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę kryje się wewnątrz człowieka, Lucy była grzesznicą i spotkała ją za te grzechy kara! – wykrzyknęła grzmiąco kobieta wstając gwałtownie z miejsca, nie do końca chyba świadoma tego co mówi.
- Proszę się uspokoić, pani Hartley! – odparła stanowczo, zachowując kamienną twarz, chociaż wewnątrz coś burzyło się w niej i nakazywało bronić dobrego imienia Lucy. Do tego jeszcze te słowa… „Spotkała ją kara za grzechy?” – Jestem bardzo zdziwiona tym, co mi pani przedstawiła. Ale… naprawdę, skoro nie wie pani, gdzie Lucy może być, nie martwi się pani o nią, nie boi się, że coś mogło jej się stać?
- Och… oczywiście… - gwałtownie ogień w oczach Eleanor zgasł, jego miejsce znów zajęły smutek i zaduma, podszyte fałszem. Kobieta powolnym krokiem podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz – Oczywiście, że martwię się o Lucy… Gdzie mogłaś pójść, Lucy?  
Zapanowała chwila milczenia. Eleanor wpatrywała się w krople deszczu na brudnej szybie z dziwnym, nienormalnym zaintrygowaniem, a Millicent próbowała odnaleźć się w sytuacji, układając sobie wszystko w głowie. Mało prawdopodobna wydawała się ta ucieczka Lucy.
Po chwili pani Hartley, jakby ocknąwszy się z jakiegoś transu, odwróciła się do Millicent znów uśmiechając się przeraźliwie sztucznie.
- Pani Hartley, dziękuję za gościnę, muszę już wracać do Scarlet Hill. – powiedziała szybko guwernantka, teraz już przerażona i zaczęła nerwowym krokiem podążać ku drzwiom wyjściowym.
- Nie chcesz herbaty, panienko?
- Nie, dziękuję. Do widzenia!
Millicent rzuciła się do wyjścia i nie dbając nawet o zamknięcie za sobą drzwi pobiegła do czekającego na nią powozu. Opadła na siedzenie, zamknąwszy dokładnie drzwiczki i upewniwszy się, że nie podąża za nią pani Hartley, że została w tym domu, jakże nieprzyjaznym i zimnym, chorym od wewnątrz. Odetchnęła z ulgą trzymając rękę na piersi. Serce tłukło się w niej szalone. Zaczęło zwalniać dopiero kiedy rozległ się świst bicza i powóz ruszył. Długo jednak nie ustępował przeraźliwy lęk, którego nie powinno być, Millicent przecież nie była osobą, którą można było łatwo przestraszyć.
„Coś się musiało stać” – pomyślała – „Coś złego. Zachowanie pani Hartley było tak niepokojące… To ma z nią związek. Musi mieć. Mój Boże, chyba jej nie zabiła?”. Zamknęła oczy i próbowała uspokoić się, pozbyć strachu i niepokoju. „Ktoś powinien pomóc pani Hartley… Zabrać ją do jakiegoś lekarza, coś jest z nią nie tak. I ktoś powinien zająć się zaginięciem Lucy, powiadomić odpowiednie osoby”.
Deszcz padał coraz mocniej i mocniej w miarę oddalania się od Burnsbury, podobnie jak chmury gęstniejące coraz bardziej i bardziej, sprawiając, że na zewnątrz robiło się jeszcze ciemniej. Millicent usiłowała przywołać się do porządku, odegnać natłok złych myśli, skupiając się na sprawach zatrudniającej ją rodziny, swojej wychowanki, lecz nie było to łatwe. Wciąż powracały czarne scenariusze losów Lucy. Szarość i pogoda wzmagały tylko tą żałość, to uczucie straty i pustki, jakby jej przyjaciółka była już stracona, odeszła na zawsze.
Pasmo niefortunnych wizji udało się powstrzymać, gdy za oknem rozciągały się już strome zbocza wzgórz – okolice niedalekie Scarlet Hill. Wydawać się by mogło, że nic więcej się już nie wydarzy.
Jednak całym powozem nagle gwałtownie szarpnęło, a z zewnątrz rozległo się przeraźliwe rżenie. Serce Millicent znów zaczęło bić jak oszalałe. „To tylko koń musiał się czegoś wystraszyć. Nie panikuj.” – pomyślała w duchu. Słyszała jak na zewnątrz woźnica uspokaja zwierzę. To jednak parskało nieustannie, a postój przedłużał się coraz bardziej. W końcu Millicent otworzyła drzwiczki, aby wyjrzeć na zewnątrz i sprawdzić co się dzieje. Uderzył ją hałas ulewy.
- Dlaczego nie jedziemy? Co się stało? – krzyknęła do woźnicy.
- Koń wystraszył się czegoś, a teraz nie chce ruszyć dalej! – odpowiedział jej równie głośnym tonem głosu – Proszę wrócić do środka! Postoimy tu chwilę, to mu przejdzie!
Millicent miała już zamykać za sobą drzwiczki, kiedy w oddali, pośród strug deszczu zauważyła czyjąś półnagą postać, okrytą jedynie w strzępy jakiegoś białego materiału. Stała w miejscu, nie poruszając się, nie robiąc sobie nic z ulewy, z lodowatego wiatru, który ciął w oczy, jak widmo czy zjawa. Guwernantka niedowierzając swym własnym oczom, wyjęła z powozu parasolkę i wyszła ostrożnie na zewnątrz, uważając aby nie ubrudzić spodu swojej sukni. Postać stała nadal w tym samym miejscu, nieporuszona.
- Przepraszam, czy widzi pan to samo co ja? Tam ktoś stoi? – zapytała podchodząc do woźnicy i wyciągając rękę w stronę widziadła. Mężczyzna chwilę przyglądał się wskazanemu przez dziewczynę miejscu, a potem odrzekł:
- Rzeczywiście, też to widzę.
- Może potrzebować pomocy. – powiedziała Millicent schodząc z drogi i kierując się w stronę majaczącej postaci.
- Panienko, niech panienka wraca, za mocno leje!
- Nie chcę mieć na sumieniu tej osoby! – odpowiedziała stanowczo i przyspieszyła kroku. Długa, mokra trawa prześlizgiwała się wzdłuż kostek mocząc pończochy, a woda zalegająca przy ziemi wlewała się do trzewików. Zawzięcie jednak Millicent przedostawała się coraz bliżej i bliżej postaci, której kontury zarysowywały się coraz wyraźniej. Były rzeczywiste, bez wątpienia. Widoczne stały się nie przybrane niczym nogi, haleczka, pierwotnie chyba biała, bądź kremowa, teraz zabrudzona i mokra, klejąca się do kobiecego ciała, ciemnokasztanowe włosy, pozlepiane, oklapłe od deszczu. Stała tyłem, ale tyle było w tej dziewczynie znajomego…
I wtedy przez głowę Millicent przeszła jedna myśl, gwałtowna i przerażająca, ale bardzo prawdopodobna.
- Lucy! – krzyknęła, trochę do siebie, trochę próbując nawiązać kontakt z dziewczyną stojącą już jakieś paręnaście kroków przed nią i pobladła na twarzy zaczęła biec w jej stronę.
Dziewczyna wyciągała trupioblade ręce ku górze jakby próbowała złapać deszcz, a potem przykładała mokre, skostniałe dłonie do ust, chcąc zaspokoić pragnienie. Było w tym jednak coś nieporadnego, jakby nie do końca wiedziała jak wykonywać jakiekolwiek czynności, jak posługiwać się swoim własnym ciałem.
- Lucy! – wysapała Millicent, łapiąc dziewczynę za ramię. Ta jednak nie zareagowała, jakby nawet nie czując dotyku czyjejś dłoni. Dalej jak zahipnotyzowana próbowała chwytać krople deszczu. – Lucy, to ty, prawda? Powiedz coś!
Dopiero po chwili, jakby wszystkie bodźce docierały do niej z dużym opóźnienie, dziewczyna drgnęła gwałtownie, jak wystraszona, opuściła powoli ramiona, jak lalka nakręcana na kluczyk i zaczęła odwracać głowę w stronę Millicent. Ukazał się jej wtedy najstraszniejszy obraz jaki kiedykolwiek widziała: skóra na jej twarzy była przeraźliwie blada, stężała, mocno opięta na kościach czaszki, jakby było jej za mało, oczy przekrwione, zmętniałe, wytrzeszczone, wpatrujące się w nieokreślony punkt, jakby wcale nie patrzyły, podkrążone siną obwódką, usta popękane, ciemnofioletowe z zimna, albo z innego nieznanego powodu, do tego mnóstwo plam krwi, wszędzie, na halce rozdartej na piersi, na rękach, na plecach…
Millicent odskoczyła do tyłu, przerażona tym widokiem, głos zamarł w niej na chwilę, nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku, krzyku, wołania o pomoc. Stała tylko sparaliżowana, ciągle patrząc na ten makabryczny widok, a jej głowę przechodziły strzępy chaotycznych myśli. W końcu odzyskała  władzę nad sobą.
- Lucy, co ci się stało? – spytała drżącym głosem, łapiąc ją jeszcze raz za ramię. Było zimniejsze od lodu – Lucy, powiedz coś!
Lucy jednak nie odpowiadała. Bez chwili wahania Millicent zdjęła z siebie swój płaszczyk i okryła nią wątłą osóbkę dziewczyny.
- Musimy wrócić do domu… zawiozę cię… wszystko będzie dobrze… Tylko chodź ze mną!
Chwyciła ją za dłoń, wyjątkowo kruchą, zdawać by się mogło, i pociągnęła za sobą. Musiała minąć chwila zanim dziewczyna ruszyła z miejsca, krocząc powoli, kuśtykając i chwiejąc się, nie potrafiąc złapać równowagi na prostym gruncie. Millicent przełożyła sobie więc jej ramię przez szyję, a drugą rękę oparła na jej boku, pomagając iść.
- Już niedaleko, zaraz się ogrzejesz, pojedziemy prosto do domu!
Zbliżając się do drogi, na której czekał powóz, krzyknęła do woźnicy:
- Będziemy wracać do Burnsbury!
Dwie dziewczyny powolnym krokiem podeszły do drzwiczek powozu. Koń zarżał stając dęba i parskając niespokojnie, jakby nie chciał, aby pasażerką była Lucy, choć stała za nim i nie mógł jej widzieć. Jakimś cudem wyczuwał jej obecność i fakt, że działo się z nią coś bardzo niedobrego. Coś złego. Uspokoił się, zapominając jakby o całym zdarzeniu, gdy dziewczyna zniknęła za zamkniętymi drzwiczkami.
Woźnica zawrócił czym prędzej i zaczął poganiać zwierzę, aby jak najszybciej na powrót znaleźć się w Burnsbury. Tymczasem wewnątrz kabiny Millicent bezskutecznie próbowała wydobyć jakiekolwiek informacje od Lucy. Ta milczała jak zaklęta, jakby w ogóle nie potrafiła mówić. Siedziała skulona na siedzeniu naprzeciw guwernantki, wciąż przypominając nakręcaną lalkę. Głowa drgała jej co moment w swego rodzaju tiku, całe ciało pląsało co jakiś czas, jakby ktoś raził ją prądem. Przeszywała tylko swą przyjaciółkę spojrzeniem – martwym, pozbawionym istnienia, bladym i pustym. Odwróciła wzrok w stronę okna dopiero, gdy powóz zatrząsł się, przejechawszy po korzeniu. Z ogromnym przejęciem zaczęła wpatrywać się w krople deszczu spływające po szybie, przekrzywiając głowę, jak szczenię, które dostrzegło coś interesującego, jak zwierzę bardziej niż jak człowiek, jak zdrowa osoba, którą była Lucy do tej pory. Millicent obserwowała ją tylko, wystraszona jej zachowaniem. W pewnym momencie dziewczyna gwałtownie rzuciła się ku szybie, przytknąwszy ustami i językiem do jej chłodnej powierzchni, próbując jakby zlizać z niej deszczowe krople. Po jej wodzących wargach pozostawały jedynie krwawe smugi. Millicent zakryła swoje usta dłonią, czując jak robi jej się niedobrze.
Przez płynące czerwone ślady przebijał już się krajobraz Burnsbury.

Powrót . : . komentuj


18:47:50 26/12/2011

Queen Of Joker


A w tym rozdziale to się dopiero zakochałam. <3 Nic dodać, nic ująć.

brak www

17:51:03 26/12/2011

Alicja


Praktycznie nie znam Lucy a już zdążyłam ją polubić. Mam nadzieję, że otrząśnie się z szoku, lub zajdą następne zmiany, które pozwolą jej normalnie żyć.
A Eleanor'e zawsze można zakopać żywcem w dziurze po ciele Lu.

brak www

16:23:47 25/12/2011

confused


Super blog! :)

Zapraszam też do odwiedzenia bloga: http://growrose.confused.blog4u.pl/

Jeśli mimo to, iż żyjesz w dobie komputerów lubisz czytać to jesteś jedną z nielicznych! Tutaj możesz poczytać powieści, które piszemy razem z koleżanką. Nie pogardź komentarzem i wpisem! ;) Zapraszam!

P.S. Wesołych Świąt! :D

http://confused.id.joe.pl/