Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Rozdział III: Letarg

Rozdział III: Letarg

- Pomocy! – wykrzyknęła Millicent wpadając do domu Hartleyów, podtrzymując na wpół żywą Lucy – Ona potrzebuje pomocy!
Eleanor z Liliann zamarły wystraszone nagłym pojawieniem się guwernantki. Ta druga, ujrzawszy swoją przybraną siostrę w tak beznadziejnym stanie, uciekła z wrzaskiem cała we łzach. Pani Hartley natomiast stała jak wryta, jak gdyby widziała upiorną zjawę, ducha, a nie żywą dziewczynę.
- To niemożliwe… - wyszeptała drżąc na całym ciele, w szoku wytrzeszczając oczy oraz bezgłośnie otwierając i zamykając usta – Ty… żyjesz…?
- Pani Hartley, proszę, nie utrzymam jej tak długo…! – jęknęła Millicent. Lucy wyślizgiwała się jej z rąk. Eleanor wciąż wpatrując się w nią jak zahipnotyzowana podeszła do niej i pomogła Millicent ją dźwigać.
- Chodźmy do pokoju sypialnego dziewczynek… - rzekła przejętym głosem. Czuć było w nim zdenerwowanie i trwogę, ciężko było określić, czy dalej gra, czy jest to jej szczere zachowanie i strach o życie swojej pasierbicy.
Lucy została ułożona w jej własnym łóżku. Liliann nadal szlochała, skulona w kącie po przeciwnej stronie pokoju, choć powoli uspokajała się i oswajała z widokiem chorej dziewczyny.
- Dziecko… - cicho powiedziała Eleanor, skruszała jakby od środka i zarazem przejęta strachem, którego źródłem była Lucy. Nie to, jak wyglądała. Ona sama. Jej obecność, jej istnienie, jak by była nadludzką istotą, nieziemskim zjawiskiem. Kobieta drżącymi dłońmi dotykała czoła i policzków dziewczyny, najostrożniej jak tylko potrafiła, dostrzegając w niej coś, czego nie widziała Millicent, coś co miało dla niej wielkie znaczenie, coś świętego, jak znak zesłany jej z nieba - albo z piekła. – Co ci się stało…? Jak ty… jak mizernie wyglądasz… Policzki… blade jak śmierć… tak lodowate… Oczy… puste… Lucy, widzisz w ogóle…? Odpowiedz mi…
Millicent wolnym krokiem krążyła po pokoju analizując zachowanie pani Hartley. Nie była pewna czy dobrze postąpiła zawożąc Lucy do Burnsbury, czy nie naraziła jej w ten sposób na niebezpieczeństwo. Eleanor zdawała się być niepoczytalna jeszcze godzinę temu, a jednak tak bezmyślnie, bez zastanowienia, padły słowa by jechać tutaj. Z drugiej strony… Nie było mowy aby państwo Millwood byli łaskawi na tyle, aby przyjąć pod swój dach w Scarlet Hill schorowaną Lucy, praktycznie zupełnie im nieznajomą. No i teraz Eleanor wykazywała się matczyną wręcz opiekuńczością. Może wszystko będzie dobrze…?
- Liliann, przestań już się mazać, przynieś koce, Lucy musiała się wyziębić… - rozkazała nerwowo, ale w jej głosie zaczynała gościć stanowczość – Panno Grey, co jej jest?
- Ja… nie mam pojęcia… - wyjąkała wyrwana z zamyślenia – Stała tak w deszczu, niedaleko Scarlet Hill, milę czy dwie. Nic nie chciała powiedzieć, nie wydobyłam z niej żadnego nawet dźwięku. Wygląda paskudnie, ale w gruncie rzeczy nic… poza ranami, musi być ranna, widziałam mnóstwo krwi, krwawiła też w powozie… Wolno też reaguje. I była bardzo spragniona, ciągle próbowała się czegoś napić…
- Zaraz przyniosę jej dzban herbaty, ogrzeje się nieco. – odparła Eleanor, rzeczowo i pewnie. Gdzieś przepadło jej obłąkańcze zachowanie, gdzieś pogubiła wszystkie maski.
- Pani Hartley…? – spytała cicho Millicent – Jeśli mogę spytać… Czy z panią wszystko w porządku?
- W jak najlepszym, panno Grey, czemu panienka pyta?
- Jeszcze godzinę temu, odniosłam wrażenie, że pani… nie do końca wie, co robi…
- To przez stres, zresztą, przesadza panienka, musiało się panience wydawać. – ucięła uśmiechając się nerwowo i szybkim krokiem udała się do kuchni. „Może ma rację… Zaginięcie Lucy, cały dom pod opieką. Bądź co bądź jest tutaj sama, z małą Lily. Nic dziwnego, każdy by po trochu odchodził od zmysłów” - pomyślała guwernantka.
Liliann przybyła cała schowana za stertą grubych, acz podziurawionych i przeżartych koców. Millicent pomogła przykryć dziewczynce ciało Lucy, która bezwiednie wpatrywała się w sufit, leżąc bez ruchu. Słychać było tylko jej cichy, chrapliwy oddech. Atmosfera w domu zaczęła się uspokajać, wszystko wydawało się być pod kontrolą.
- Lucy tak strasznie wygląda… - pisnęła wciąż nieco wystraszona dziewczynka – Ale wyzdrowieje prawda?
- Oczywiście, że wyzdrowieje. Ale musisz mi obiecać, że będziesz się nią cały czas opiekować. Dobrze?
- Ale… Boję się jej. Ona… jest straszna. Jak nie Lucy.
- Lily, ona jest po prostu bardzo chora. Jeśli będziesz się nią zajmować, polepszy się jej i znowu będziecie się razem bawić. Będzie tak jak dawniej. – powiedziała Millicent przykucnąwszy przed złotowłosym aniołkiem. – Nie bój się.
- Czy Lucy może umrzeć…? – spytała, ciągnąc dziewczynę za suknię, usiłując wyjść razem z nią z pokoju. Millicent nie oporowała.
- Nie wiem… chyba nie… Musimy być dobrej myśli, Lily. Musimy wierzyć, że wszystko będzie dobrze.
- Ty też jesteś cała mokra. Nie potrzebujesz też koca?
- Nie… poradzę sobie, zaraz i tak będę wracać do siebie, pewnie się już o mnie niepokoją w Scarlet Hill.
- Millie, nie idź…! – jęknęła.
- Dlaczego?
- Nie chcę tu zostawać sama… Z Lucy… Co jeśli ona umrze? Nie chcę zostawać sama z kimś, kto nie żyje.
- Liliann, poradzisz sobie. Nic złego się nie wydarzy. I naprawdę, muszę szybko wracać do Scarlet Hill. Pamiętasz Lady Claudię? Będzie na mnie bardzo zła, jeśli nie wrócę na czas.
- No… no dobrze… Ale powiedz mi jeszcze coś! Czy panicz Damon ciągle tam mieszka? – spytała, jakby zawstydzona, rumieniąc się, ale i promieniejąc na chwilę.
- Jak najbardziej.
- Wspomnisz mu, że chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć? I pozdrowisz go ode mnie?
- Lily, co ty w nim widzisz… Jest dla ciebie za stary. – prychnęła Millicent, chcąc podroczyć się z małą.
- Wcale nie!
- Jest w moim wieku.
- Więc nie jest stary. Ty nie jesteś, więc on też nie jest.
- Dobrze, dobrze, powiem mu. Eh, Liliann, pięć wiosen masz dopiero za sobą, a już tylko mężczyźni ci w głowie, co z ciebie wyrośnie. – zaśmiała się guwernantka, nieco ponuro, wciąż przytłoczona tym co jej się przydarzyło. Liliann zawstydzona schowała pulchne policzki barwy karmazynu za brudnymi koronkami rękawków swojej sukienki.
Millicent pożegnała się z panią Hartley i opuściła dom kierując się w stronę powozu. Rozległo się smagnięcie bata i stukot końskich kopyt. Liliann obserwowała oddalający się kształt, a kiedy zniknął zupełnie pobiegła do Lucy. Przysunęła krzesełko do jej łóżka i zaczęła uważnie wpatrywać się w przybraną siostrę, aby tak jak kazała jej Millicent, zajmować  i opiekować się nią, bez ustanku, bez sekundy przerwy i wytchnienia. Aby Lucy wydobrzała. Aby wszystko było już dobrze.
Eleanor wkroczyła do pokoju niosąc cały dzban gorącego napoju i metalowy kubek. Wlała do niego odrobinę i przybliżyła brzeg do sinych warg dziewczyny, powoli przechylając go. Jednak kiedy dotknęła ich ciepła herbata, ta wytrąciła naczynie niezgrabnym ruchem ręki, zaczynając wić i miotać się gwałtownie, zrzucając koce i rozcierając skórę na piersi, drapiąc ją paznokciami do krwi, w miejscu gdzie jaśniała podłużna blizna, jakby próbowała rozerwać ją, jakby w środku tam siedziało coś i pożerało ją od środka.
- Nie… nie…! – wybełkotała niewyraźnie. Eleanor cofnęła się zdenerwowana odsuwając od łóżka wystraszoną Liliann. – Wo… dy… wody…
Liliann nie wahając się ani chwili chwyciła kubek, który poturlał się po podłodze, wybiegła do kuchni i po chwili wróciła z nim wypełnionym po brzegi zimną wodą.
- Lucy… niosę wodę dla ciebie… - powiedziała cichutko i płochliwie dziewczynka. Lucy zaczęła uspokajać się, zwracając ogromne, poczerwieniałe, szeroko rozwarte oczy na małą. Złotowłosa poczuła jak serduszko tłucze się jej gdzieś w okolicach gardła, jak lodowaty dreszcz biegnie po całym jej ciele, dosłownie odczuwając jak przenikliwy wzrok dziewczyny przechodzi na wskroś przez jej wnętrzności i oplata chłodną wstęgą. Zebrawszy się w sobie, podeszła do niej i przytknęła jej mały garnuszek do ust. Lucy zaczęła pić raptownie, połykając ogromne hausty wody, rozlewając ją dookoła siebie. Gdy opróżniła cały, rozpaczliwie jeszcze usiłowała wydobyć z niego każdą pojedynczą kroplę.
- Wody… - szepnęła słabo, kładąc się znów bez ruchu na łóżku.
Eleanor zabrała dzban z herbatą i zastąpiła ją zimną wodą, którą podawała potem spragnionej Lucy. Jednak dziewczynie nie było wciąż dość, wciąż i wciąż połykała wielkie ilości wody, która zdawała się niknąć gdzieś w jej przełyku, wyparowując w niewiadomy sposób. Po pewnym czasie, zrezygnowana już nieco całą sytuacją oznajmiła Liliann, że wybierze się po doktora. Wpierw jednak przyniosła do pokoju stalową wanienkę, do której wlała nieco wody, prosząc małą, aby poszła po kawałek jakiejś tkaniny, którą można by obmyć Lucy z zaschniętej krwi i ziemi. Usadziwszy dziewczynę na brzegu łóżka, zdjęła z niej strzępy halki, którą wciąż miała na sobie, i odrzuciła ją w kąt.  Na nagich plecach Lucy jarzyła się sinozielona, głęboka i obrzmiała rana, gnijąca już, przepełniona czarną, lepką mieszaniną ropy, krwi i ziemi. „Boże mój, oby tylko Liliann tego nie zobaczyła!” – pomyślała i czym prędzej zaczęła obmywać paskudną szramę. Większość zeschniętych plam udało się oczyścić, jednak z wewnątrz wciąż sączyła się ciemnoczerwona krew.
- Liliann, nie wchodź tu! – warknęła na swoją córkę, kiedy mijały się w drzwiach, Eleanor wyszła przeszukiwać swą apteczkę chcąc odnaleźć choć trochę bandaży, aby zakryć tą makabryczną dziurę w plecach i zahamować krwawienie. Pospiesznie wróciła do sypialni, rozpościerając za sobą wstęgę z czegoś przypominającego bandaż, ale raczej nim nie będącego. Obwiązała go ciasno wokół piersi Lucy, dokładnie chowając za nim ranę.
- Lilian, możesz już wejść! – krzyknęła uznawszy, że skończyła.
Wraz z córką, wytarły każdy cal jej bladej skóry z krwistych plam i błotnych smug. Lodowata woda, której używały, zdawała się przynosić ogromną ulgę Lucy, która wyciągała ręce w stronę wanienki, chcąc aby spadło na nią jeszcze więcej kropel, jeszcze więcej śliskich strug, podczas kiedy Liliann zaciskała tylko skostniałe piąstki, nie mogąc już znieść zimna. Na końcu umyły i wysuszyły jej kasztanowe włosy, a potem przebrały w koszulę nocną. Po założeniu jej dziewczyna stała się niespokojna, zaczęła wiercić się, jakby materiał na jej skórze drażnił ją, czy nawet parzył. Eleanor przykryła ją kocem, który również zdawał się być dla niej torturą i który próbowała zrzucić na ziemię. Uspokoiła się dopiero, gdy otrzymała kolejny kubek wody do picia.
Wkrótce po tym, pani Hartley opuściła dom, udając się w głąb Burnsbury, przestrzegłszy Liliann, aby uważała na Lucy, szczególnie gdyby znów zaczęła szaleć. Na zewnątrz panował już zmierzch. Ulewę zastąpiła delikatna mżawka. Ulice były opustoszałe, nikt nie wyglądał poza próg swych ciepłych domów.
Nie minęło pół godziny, kiedy wróciła, prowadząc ze sobą miejscowego lekarza. Widać po nim było, że został raczej wyrwany z przyjemnej lektury jakiejś mądrej książki, siedząc wygodnie w fotelu przed ciepłym, trzaskającym radośnie kominkiem oraz, że niespodziewana wizyta domowa była ostatnią rzeczą, którą mógłby na dziś zaplanować.
Eleanor zdjęła ze ściany lampkę, zapaliła ją i zaprosiła go do sypialni. Panował tam nieprzyjemny odór. Liliann siedziała w mroku nadal czuwając nad Lucy. Doktor wziął lampkę od pani Hartley i zbliżył się do chorej, wyciągając okulary. Miała zamknięte oczy. Wciąż wyglądała tak samo mizernie, o ile nie bardziej upiorniej przez grę cieni na jej twarzy.
- Nie rozumiem dlaczego mnie pani wezwała, ta dziewczyna jest martwa! – żachnął się.
- Wcale nie! – pisnęła Liliann, chcąc za wszelką cenę odeprzeć od siebie taką możliwość – Zasnęła niedawno, dosłownie chwilkę temu, ciągle oddycha!
Lekarz wychylił się nad Lucy jeszcze raz, tym razem nasłuchując jakichkolwiek oznak życia. W uchu zaświdrował mu jej cichy, chrapliwy oddech.
- No dobrze… zbadam ją. Mógłbym prosić o więcej światła?
- Tak, tak, oczywiście. – odparła Eleanor i poszła po wszelkie świece i lampy, jakie posiadała.
Mężczyzna poprawił binokle na swoim nosie, wyciągnął kajet zapisał w nim datę: 19 listopada 1868 rok.
- Mógłbym poznać imię i nazwisko chorej?
- Lucy Hartley.
- Ile ma lat?
- Dziewiętnaście. Tak myślę.
- Dobrze… - rzekł wzdychając ciężko i zabrał się do oględzin. Liliann skryła się za suknią matki. – Panienko Lucy… proszę się obudzić…
Dziewczyna gwałtownie otworzyła oczy. Doktor odskoczył przestraszony w tył. Faktycznie, przypominała bardziej zwłoki, niż kogoś kogo męczyła jakaś choroba, strasząc jeszcze o tyle bardziej, że mogła się poruszać. Jak żywy trup.
Odetchnąwszy, lekarz jeszcze raz zbliżył się do Lucy ze swoim kajetem i zaczął zapisywać wszystkie symptomy, wszystkie objawy, które miały pomóc mu w postawieniu diagnozy. Zaczął od powolnego wypisania „blada skóra”. Ręce mu drżały. „Słaby, nieregularny oddech” – pojawiło się jako następne. „Sinica” - kolejne. Delikatnie odsunąwszy powiekę, obejrzał dokładnie oko: białko i tęczówkę, próbując też dostrzec coś w źrenicy. Jego uwagę przykuły dwie zielone smugi na tęczówce, wyraźnie odróżniające się od jej złotej, naturalnej barwy przypominające i ułożone jak wskazówki zegara. Krótsza wskazywała jakoby godzinę trzecią, dłuższa – piętnaście minut. Nie dostrzegając w tym jednak niczego nadzwyczajnego, czy kluczowego dla sprawy zapisał: „oczy opuchnięte, czerwone, naczynka popękane, soczewka zmętniała, wzrok otępiały, nie reaguje na bodźce”. Następnie jął doszukiwać się wszelakich urazów. Eleanor cicho poprosiła córkę, aby wyszła, co ta posłusznie uczyniła. „Ślad uderzenia na głowie” – pojawiło się w notesie.
- Przepraszam, czy mógłbym prosić o zdjęcie z niej ubrań? – spytał. Eleanor błyskawicznie zajęła się ściąganiem z Lucy koszuli nocnej. – I przy okazji, ten bandaż również należałoby zdjąć.
W pierwszej kolejności w oczy rzuciła mu się oczywiście paskudna rana na plecach. Dokładnie ją obejrzawszy, zapisał kolejną notatkę: „na plecach rana kłuta, rozległa martwica tkanek, zakażenie”. Nie poprzestając na tym, dalej zaczął oglądać jej ciało szukając urazów, skaleczeń, niepokojących zmian. I wkrótce znalazł. „Rozkładające się fragmenty skóry na ramionach, stopach” – spisał. Ostatnią rzeczą którą badał było tętno – „słabe, powolne, prawie niewykrywalne, nieregularne”. Ponownie westchnął ciężko i cofnął się od łóżka.
- Czy istnieją jeszcze jakieś oznaki, których nie udało mi się zaobserwować?
- Nie mówi… jak już pojedyncze słowa, do tej pory prosiła jedynie o wodę.
„Nie mówi/mówi niewiele”.
- Można nawiązać z nią jakiś kontakt?
- Zdaje się… nie.
„Brak kontaktu z otoczeniem”.
- Coś jeszcze?
- Dużo pije. Wciąż prosi o wodę, o chłód. Wie pan, stała w deszczu długi czas, na pewno się przechłodziła, ale nie chciała pić nic ciepłego, nie daje się przykryć. Zimno chyba przynosi jej ulgę.
„Silne uczucie gorąca, silne pragnienie”.
- To wszystko?
- Chyba tak… nie… miewa takie dziwne ataki. Rzuca się wtedy po całym łóżku, szamoce, próbuje sobie wydrapać ranę na piersi.
- Ach tak…
„Chwilowa niepoczytalność, napady agresji, samookaleczenia”.
Doktor przystanął wpatrując się w swoje notatki i zaczął interpretować je, szukać powiązań między nimi i szukać jakiejkolwiek diagnozy. Nic nie przychodziło mu do głowy.
- Panie doktorze?
- Bardzo mi przykro, ale nie mam pojęcia co może jej być. Jedno jest pewne, wkrótce umrze. Jest bardzo osłabiona, do tego ta paskudna rana na plecach. Nie sądzę, żeby mogła się z tego… hm… wylizać. Jedyne co mogę poradzić w tej sytuacji to otaczanie jej opieką. I miłością. Wytrzyma co najwyżej kilka dni. Nie więcej.

* * *

- Lucy… Ile to już czasu…? Tydzień? A ty ciągle żyjesz. Kim jesteś? Czym jesteś? Dlaczego wróciłaś? Przecież cię zabiłam. Wbiłam ci ten nóż w plecy. Ogłuszyłam. Zakopałam w ziemi. A ty i tak wstałaś z tego swojego plugawego grobu. Jesteś moim znakiem, prawda? Znakiem od Boga… powinnam się zmienić, prawda? Dostałam drugą szansę. Mam ją dobrze wykorzystać. Żyć, nawrócić się. Być dobra. Jesteś teraz pośredniczką. Między mną a niebem, nieprawdaż? I teraz… jak będę zajmować się tobą… Głaskać po policzku, przynosić całe tony wody, przykrywać kocem, rozgrzewając te twoje biedne, kruche, skostniałe paluszki, pomimo, że wciąż rzucasz nim w kąt. Będę czuwać, żebyś nie wychodziła w nocy na zewnątrz, potrzebujesz ciepła, kochanie… Sprawię, że wyzdrowiejesz… Wybawię siebie. Dzięki tobie. Może faktycznie nie jesteś taka zła. Może Leonard potrzebuje więcej czasu. I jeszcze zapomni… o niej… Ty przecież nie jesteś nią… po prostu masz jej oczy. I włosy. Masz jej usta. To nie dlatego Leonard cię tak kocha. Jesteś jego córką. A on jest po prostu szlachetnym, poczciwym człowiekiem. I będzie kochał tak samo mnie. Kiedyś. Kiedy wróci… A ty, mój aniele… śpij. Przepraszam, że cię zabiłam. Nie zrobię tego już nigdy więcej. Przysięgam. Już nigdy. Nie zrobię ci krzywdy. Będziemy wielką, kochającą się rodziną. Będziemy mieć wszystko, czego tylko byśmy pragnęli. A teraz już śpij…

* * *

- Lucy! Tęsknię za tobą, Lucy. Ile to już, ha, dwa tygodnie! Pan doktor powiedział, że nie przeżyjesz paru dni. A ty ciągle jesteś tu ze mną! Jest ci coraz lepiej, prawda? I niedługo znów będzie jak dawniej. Będziemy bawić się w ogrodzie, tańczyć razem, rozmawiać o chłopcach z sąsiedztwa… Millie kazała mi się tobą opiekować, wiesz? I wciąż to robię, widzisz to? Millie miała rację, powiedziała, że jeśli będę się tobą zajmować, to wszystko będzie w porządku i nic ci nie będzie. I wciąż żyjesz! Ale kiedy już zupełnie wyzdrowiejesz, to nie musisz mi dziękować. Pamiętaj. Bo ty zawsze byłaś przy mnie, kiedy mi było źle. Kiedy dostałam gorączki, albo mama nakrzyczała na mnie i bałam się wyjść z sypialni. I ja teraz też będę przy tobie. Cały czas. Aż wyzdrowiejesz. Obudzisz się z tego dziwnego transu. Wiesz, wspominam ostatnio sobie jak zabrałaś mnie do Millie do Scarlet Hill. Jak tam było zielono. I pięknie. Tamtejsza rodzina ma śliczną rezydencję. Jak dorosnę też chcę w takiej mieszkać. Chcę być bogata. Mieć swój dworek. I swojego księcia. Millie powiedziała mi, że panicz Damon jest dla mnie za stary. A przecież podobało mu się, kiedy się ze mną bawił! Moim zdaniem jest w sam raz. Kiedyś wyjdę za niego za mąż, Lucy. Zobaczysz. Tylko chciałabym, żebyś do tego czasu była już zdrowa. Żebyś mogła to zobaczyć. Lucy? Chcesz może wody…? Oj, zasnęłaś. Wybacz mi, że tyle gadam. Już milczę.

* * *

- Lucy… Otwórz te swoje zapuchłe ślepia… I słuchaj mnie. Twój tatuś przysłał do ciebie list. I pisze… jak bardzo cię kocha… i jak tęskni… i jak widzi twoją przyszłość… Słyszysz? Chce żebyś poszła do jakiejś szkoły… że zbiera pieniądze na twoją edukację. Żebyś mogła wyprowadzić się gdzieś, zacząć swoje własne życie… Lucy, nie jesteś wcale aniołem. Widzę całą ciebie, na wskroś, widzę to twoje gnijące serce, jak ledwo tłucze ci się w piersi. Masz ludzkie ciało, krew, mięśnie, kości, tą masę bezużytecznych tkanek, co prawda to dość zdumiewające, że wciąż żyjesz, po trzech tygodniach, chociaż miałaś zdechnąć już po trzech dniach… Ale wiesz co, od pewnego czasu łamię tą moją obietnicę. Od pewnego czasu ta woda, którą tak chętnie pijesz zawiera odrobinkę pewnej słodkiej substancji, pewnie teraz krąży w twoich żyłach, drażniąc je, wykańczając… ale ty i tak nie wołasz o pomoc, nie krzyczysz, nie krzywisz się z bólu… widzę tę agonię w twoich ślepiach. Ale z drugiej strony. Ta substancja, ta trucizna… niejako przyspiesza twoją śmierć, uwolni cię od katuszy. Niedługo dołączysz do swojej ukochanej mamusi, Lucy…

* * *

Głuchą ciszę, stężałą jakby, rozpościerającą się na cały dom, przerwały chybotliwe dźwięki rozstrojonego pianina.

- Liliann, nie baw się! – warknęła Eleanor do swojej córki, która właśnie siedziała w pokoju Lucy, czuwając nad jej snem. Stukanie w pojedyncze klawisze nie ustało. Przerodziło się jedynie w misterny walc, dudniący, diabelski, wprawiający w niepokój. Przecież Liliann nie potrafiła by tak grać… Przecież… Pianino stoi zamknięte na żelazną kłódkę!
Eleanor zerwała się z krzesła i wpadła do sypialni. W nozdrza uderzył ją duszny, metaliczny zapach krwi, który zdążył przesiąknąć już wszystko w tym pokoju, a potem oczom ukazał się makabryczny obraz, namalowany szkarłatną, lśniącą farbą.

 

Powrót . : . komentuj


09:23:40 30/12/2011

bez podpisu


Zakończyć w takim momencie... Tak nie można!
...Masz wspaniały styl. Mogłabym czytać to na okrągło i by mi się nie znudziło.

http://kanashii-ureshii.blog4u.pl/

00:41:59 28/12/2011

Queen Of Joker


Będę się bała iść spaaać.
Podoba mi się ten szablon. Śliczny. <3

Opowiadanie, no mega. Momentami kojarzyło mi się trochę z Egzorcyzmami Emily Rose, ale w pewnym momencie to była zupełnie inna, obca historia. Genialna, cudowna. Czarująca... Teraz nakazuję Ci... napisać kolejny tak niesamowity rozdział. Amen.

brak www

21:16:56 27/12/2011

Black Angel


Zaciekawiło mnie :D
Czekam na następną część i idę czytać wcześniejsze ;)

http://black.angel.blogasek.pl/