Szkarłat okrywał zabrudzoną, stęchłą ścianę, zasychał już powoli, lepki, oślizgły. Jego cienkie strumyczki spływały w dół, meandrując między nierównościami i odpadającym tynkiem, dzieci wielkiej, wilgotnej plamy krzyczącej po środku, rażącej w oczy, potwornej i makabrycznej. Kolejna sączyła się z sufitu, co cięższe krople spadały na podłogę, niczym deszcz z chmury, pokrywając ją ciepłą jeszcze czerwoną mazią, zastygającą i tężejącą z każdą sekundą. Wszędzie dookoła żarzyły się wstęgi, spirale i fale plam, kropek, zacieków i rozprysków, tańcząc po całej sypialni, spotykając się u źródła, gdzie w łóżko wsiąkała największa kałuża, migocząca refleksami płomieni świec, szklista i gęsta. Po środku leżało nagie ciało, całe we krwi, w szkarłatnej cieczy, poszarpane i pogryzione, zastygłe w nienaturalnej pozycji. Gdzieś tylko niezabrudzony czerwienią pozostał jeden kosmyk złotych włosów.
Pośród całej tej scenerii, w kąciku niedaleko owego łóżka, niewzruszona zupełnie niczym, przy pianinie, tyłem do wejścia, siedziała Lucy, grając swoją melodię, wyniośle, dumnie, w końcu wyprostowana, olśniewająca, zdrowsza niż kiedykolwiek wcześniej. Patrząc na nią z tyłu, zdawała się być nieskropiona ani jedną z gryzących wzrok krwistych kropli, niczym anielica pośród roztaczającej się dookoła piekielnej makabry, gdyby nie fakt, że dźwięki, które wydobywały się spod jej palców, pełnych siły aby uderzać w klawisze, świdrowały w uszach, zasiewały niepokój i napawały strachem. Rozbrzmiewało diabelskie metrum.
Czas zdawał się zastygać razem z krzepnącą krwią, sekundy zmieniały się w minuty, a minuty w godziny. Powietrze było ciężkie i duszne, przepełnione jakąś niewytłumaczalną aurą, obcą, przesiąkniętą złem, wyczuwalnym każdym zmysłem. Eleanor z trudem łapała oddech, nie wiedząc czy to z powodu szoku, jaki wywarł na niej ten obraz, ciężkiego, metalicznego powietrza, czy może właśnie tej aury, nieprzeznaczonej dla śmiertelnych ludzi. Poczuła jak dusi się, jak serce szamoce się jej w piersi, jak oczy pieką, nie mogące powstrzymać napływających łez, jak nadciąga fala smutku i fala niepohamowanej złości. Przez krtań nie pozwalała jednak wydostać się ani jednemu słowu, tłamsząc je, gdzieś na dnie, wypuszczając na zewnątrz jedynie rozpaczliwe jęknięcia pełne bezsilności, przerażenia i rozpaczy. W końcu kobieta drgnęła i poruszyła zdrętwiałymi nogami, rzucając się ku swej córce. Głowa leżała wykręcona nienaturalnie, na szyi widniało kilka kostek przebijających przez skórę. Miała skręcony kark. Na piersi z kolei rozciągała się ogromna rozszarpana dziura, przez którą wyzierały na zewnątrz wyłamane żebra. Serce, wyrwane, leżało obok, również ponadgryzane, wyschłe i zapadnięte do środka.
- Co… co ty zrobiłaś?! – wrzasnęła przerażona i wściekła do Lucy, trzęsąc się na całym ciele, nie wiedząc co robić i nie potrafiąc nad sobą zapanować. Ta jednak milczała, nie przestając grać – Ty…! Ty…! Jak mogłaś…?! Liliann…! Moja Liliann…!
- Mamo, wszyscy kiedyś umrzemy… - zanuciła do swojej melodii. Eleanor zwróciła uwagę na klawiaturę pianina pełną krwistych smug i plam, kropel, które odpryskiwały we wszystkie strony wraz z odskakującymi klawiszami. Dłonie Lucy, wraz z jej przedramionami skąpane były w czerwieni. Kobieta poczuła jak chłód ogarnia całe jej ciało, jak drętwieją jej palce, a potem całe kończyny, jak zaczyna brakować jej tchu, jak zaczyna mdleć. Coś jednak wewnątrz przytrzymywało ją przy świadomości.
- Dlaczego…?! Dlaczego ją zabiłaś?!
- Mamo, wszyscy kiedyś umrzemy… - powtórzyła śpiewnie dziewczyna.
- Lucy, kpisz ze mnie do cholery?!
- Mamo, wszyscy kiedyś umrzemy…
- Co ona ci zrobiła?!
- Skończ pytać, nie cierpię patrzeć jak płaczesz… Mamo, wszyscy pójdziemy do piekła…
- Co…?
To rzekłszy, Lucy powoli zaczęła się odwracać, wstając od pianina. To nie przestało jednak wcale grać, dalej dźwięczał ten nieprzyjemny walc, jeszcze głośniej nawet niż przedtem, jakieś niewidzialne ręce wciąż naciskały na podskakujące klawisze.
Anielica zmieniła się w demona. Choć na jej plecach nie było śladu krwi, ogromne jej ilości znajdowały się z przodu białej koszuli nocnej. Liczne kropelki i rozpryski przywarły do twarzy, a z ust ciekły całe jej strugi. Coś zmieniło się w tym obliczu, nie było już dłużej bez wyrazu. Nie należało nawet do Lucy. Największa różnica była widoczna w oczach, które patrzyły w zupełnie inny sposób, bardziej jadowity, bardziej kusicielski i nęcący. Zdawały się przybierać barwę zieleni, choć mogła to być zwykła gra światła.
Dziewczyna stanęła naprzeciwko Eleanor, która odczołgała się od łóżka wystraszona, nie chcąc się do niej zbliżać. Podpierając się ściany i chwiejąc się wstała na nogi.
- Mamo… wszyscy jesteśmy pełni kłamstw… - wycedziła Lucy krocząc ku niej wolno – Prawda? Ty mnie zabiłaś…?
- To… To nie może dziać się naprawdę!
- Ależ może… Zabiłaś mnie? Prawda? Wbiłaś nóż w plecy… uderzyłaś… zakopałaś… zostawiłaś… martwą…
- Martwą! Właśnie…! Nie żyjesz, nie istniejesz…!
- Mamo, trułaś mnie przez cały ten czas… W gardle mam jeszcze ten posmak cykuty…
- I powinnaś już dawno zdechnąć…! Diablica…! – prychała Eleanor, wyciągając rękę za próg sypialni, wzdłuż ściany, szukając czegoś co mogłoby ją uratować. Natrafiła dłonią na nóż, ten sam, który już raz utkwił między wnętrznościami Lucy. Zacisnęła na rękojeści palce i przygotowała się, aby wykonać zamach jak tylko dziewczyna zbliży się na dostatecznie małą odległość.
- Dlaczego mnie zabijałaś? Eleanor? – rzekła Lucy spokojnym, hipnotycznym tonem głosu zdającym się odbijać echem po całej sypialni, chociaż mógł to być efekt amoku w jakim znajdowała się pani Hartley. Niemal zupełnie zaślepiona łzami stała w progu, przyrośnięta do futryny, aby nie upaść, kurczowo ściskając rękojeść swojego sztyletu, czekając na odpowiedni moment do ataku, a Lucy kroczyła wciąż ku niej, świdrując ją swoim złowieszczym spojrzeniem. W końcu jednym szybkim i gwałtownym ruchem Eleanor wbiła ostrze gdzieś pomiędzy żebra dziewczyny.
- Giń…! Przepadnij…! – syknęła wściekła, lecz na twarzy Lucy nie pojawił żaden grymas bólu. Zatrzymała się tylko i chwyciła za dłoń Eleanor wciąż trzymającej nóż. Ścisnęła ją mocno, aż kobieta, nie mogąc tego znieść, rozprostowała palce. Lucy wyciągnęła ostrze ze swojego ciała unosząc w górę i przyglądając się swojej krwi, która zaczynała właśnie z niego ściekać. – Dlaczego nie umierasz…?!
Dziewczyna uśmiechnęła się diabolicznie, ukazując parę przerośniętych kłów, zbyt długich jak na ludzkie, a potem zlizała szkarłatną ciecz.
- Eleanor… krew… to życie. – szepnęła, odrzucając nóż w kąt i znów zaczynając przybliżać się do kobiety ze swym uśmiechem na twarzy. – Eleanor… Mamo… Kocham cię…
- Nie zbliżaj się do mnie…! Córa diabła…!
- Jesteśmy potępione tak czy siak… Zostań ze mną… na zawsze…
Lucy uniosła ręce ku twarzy obrzydzonej swoją pasierbicą Eleanor, zbliżając swoją twarz ku jej, wyciągając się chcąc jakby złożyć na jej ustach pocałunek, nie zważając w ogóle na to, kim dla niej była i co jej zrobiła. Ta jednak z całej siły uderzyła ją w twarz, wytrącając z równowagi. Błyskawicznie pchnęła ją do przodu i wplątała rękę w jej włosy, mocno za nie przytrzymując. Lucy upadła na ziemię, szamocąc się, próbując uwolnić spod kontroli Eleanor. Kobieta, przytrzymując w ten sposób przeciągnęła ją przez cały dom, aż za próg wejścia, skąd zaczęła kierować się w stronę Burnsbury.
- Jesteś chora, dziewczyno…! – warknęła, biegiem niemal krocząc opustoszałymi uliczkami, popychając co jakiś czas Lucy. Nie przebierała się w cieplejsze ubrania pomimo chłodu panującego w ten grudniowy wieczór. Gniew jaki ją ogarniał tłumił wszystkie docierające do niej bodźce, wszelki dyskomfort, wszelkie racjonalne myśli. – Wariatka…!
- Puść mnie, matko!
- Nie puszczę, dopóki nie będę pewna, że jesteś martwa…!
- Puszczaj!
- Powinnaś teraz płonąć w piekle!
- Nie zabijesz mnie, Eleanor, nigdy…! – ryknęła Lucy.
Eleanor czuła na sobie wzrok dziesiątek ludzi, wyglądających przez okna, zwabionych krzykami z ulicy. Czuła ich chorą ciekawość nakazującą patrzeć, ale nie reagować, oglądać i cieszyć się widowiskiem, rzadkim w tym spokojnym miasteczku. Setki par oczu mrugały zza cienkich zasłon falujących od ciepłych oddechów. Obserwowali krzyczącą i wijącą się zjawę w zakrwawionej koszuli nocnej oraz starszą kobietę prowadzącą ją przez całe Burnsbury. Co się dzieje? Czy Burnsbury zostało przeklęte? Czy popełniono tu morderstwo? Czy to jakaś dziewczyna o chorym umyśle? W głowie Eleanor huczało od myśli i szeptów tych wszystkich ludzi. Oby tylko nie wtrącali tu swoich wścibskich nosów.
Wreszcie za murami kamieniczek i malutkich domostw zamajaczył zarys kapliczki. Eleanor przyspieszyła kroków, nie zważając na Lucy, wciąż poruszającej się w zgarbionej pozycji, co chwila potykającej się lub przewracającej, szturchana przez kobietę.
- Gdzie mnie prowadzisz…? – spytała wystraszonym głosem, kiedy przestąpiły przez bramę kościoła. Zdawała się wyczuwać świętość tego miejsca, nie mogąc go znieść. Eleanor nie odpowiedziała jej, tylko otwarłszy z łoskotem drzwi budowli, wepchnęła tam z całej siły, zatrzaskując w środku. Zaczęły się rozlegać stłumione jęki i krzyki pełne boleści. Po pewnym czasie ucichły, Eleanor nie otwierała jednak wrót ponownie, wciąż przytrzymując je swoim ciałem.
- Wypuść mnie! – wrzasnęła dziewczyna, wpadając na drzwi z impetem, łomocząc pięściami z ogromną siłą i skrobiąc w nie paznokciami. Eleanor nie ustępowała. – Wypuść! Zabierz mnie z tego miejsca! To parzy! Parzy! Eleanor…! Matko…! Mamo…! Mamo, wypuść mnie!
Pani Hartley poczuła ukłucie w sercu, głos Lucy nagle stał się bardzo piskliwy i delikatny, dziecięcy wręcz, łudząco podobny do głosu małej Liliann. A jeśli to był jej głos? Jeśli to ona?
- Mamo! Wypuść mnie! Tu jest tak ciemno, tak strasznie! Boję się!
To nie mogło być prawdą, Liliann leżała w domu, martwa, zmasakrowana, rozszarpana na kawałki…
- Mamo, to ja Liliann…!
Ale dziś dzieje się tyle niewiarygodnych rzeczy, to piekło przecież nie może być prawdziwe, to sen, to koszmar - a jeśli to tylko nocna mara, co szkodzi otworzyć te drzwi, co szkodzi zaryzykować?
- Mamusiu, proszę…!
Eleanor przestała napierać na drzwi i po chichu jęła naciskać na ciężką i lodowatą klamkę. Powoli uchylała drzwi zaglądając przez powstającą szparę doszukując się w mroku błękitnych ocząt lub złocistych loków.
Zalśniły jedynie jadowicie zielone ślepia, a potem ku szyi Eleanor wystrzeliły ręce Lucy, oplatając ją palcami i dusząc z całej siły. Dziewczyna cicho zachichotała szyderczo.
- Żartowałam… - powiedziała wolno, obniżając ton głosu - Mówiłam ci już, nie zabijesz mnie, mówiłam ci już, obie jesteśmy przeklęte, dlaczego więc szukasz pomocy tutaj? Bóg nad tobą nie czuwa, Eleanor.
Obraz przed oczami pani Hartley z każdą sekundą coraz bardziej zachodził mgłą. Jej twarz zastygła w przerażeniu. Rzeczywistość zaczynała niknąć w mroku, czarna mgła prześlizgiwała się krążąc dookoła. Nie poczuła kiedy została puszczona na ziemię. Zapamiętała tylko szept, przeszywający jak podmuch lodowatego wiatru.
- Krew to życie…
* * *
Biegła przed siebie, bez określonego celu, bez pewności, że coś czeka na końcu. Coś kazało jej kierować się w jedną stronę, coś przyciągało tam niczym magnes. Przedzierała się przez gąszcze w niewytłumaczalny sposób potrafiąc ominąć drzewa rosnące na jej drodze, pomimo nieprzeniknionych ciemności panujących tam, z dala od jakichkolwiek miast. Gnała jak lwica, zwinnie przeskakując kamienie i korzenie, nie zatrzymując się ani nie zwalniając nawet na chwilę, wciąż dalej i dalej.
Nie wiedziała jeszcze kim jest.
W końcu natrafiła na mały staw. Przystanęła przy nim, a potem zaczęła powoli wchodzić do wody, po cichu, bez najmniejszego szmeru. Na jej niewzruszonej do tej pory powierzchni, pojawiły się grzbiety fal. Naruszona tafla zalśniła w blasku resztek księżyca, który wyłonił się zza chmur.
Grudniowy chłód nie przeszkadzał jej zupełnie, jakby w ogóle go nie odczuwała, pomimo, że pozostały już na niej jedynie strzępy ubrań. Lodowata woda otoczyła jej ciało aż do pasa.
Wzniosła oczy ku niebu, spoglądając na księżyc, pytająco jakby, pogrążona w zadumie, a potem przymknęła powieki i stała tak przez parę chwil, jakby kąpała się w jego blasku, zadającym jej niezwykłą rozkosz. Przesuwając dłońmi wzdłuż całego swojego ciała, sięgnęła wody, którą zaczęła się oblewać, próbując zmyć znamiona swojego grzechu. Zaschnięta krew pozostawała jednak na swoim miejscu. Pogrążona w swego rodzaju transie niedbale zmyła jedynie nieco smug z twarzy i barków.
W głowie wirował świat, wirowała głowa, wirował umysł. Świergotały błyski, pachniały kolory, kryształowa rzeczywistość skąpana w dymnej mgle pachnącej palonym opium, skropiona absyntem.
Jej wzrok przykuł rosnący nieopodal jałowiec. Podeszła do niego, znów nie wywołując żadnego dźwięku i urwała zieloną gałązkę. Wróciła na środek stawu i kładąc ją sobie na piersi położyła się na tafli wody, zamykając oczy i promieniejąc w uśmiechu. Światło księżyca i woda oblewały jej ciało, chociaż wciąż trupio blade na skórze, to posiadające iskrę życia gdzieś wewnątrz. Niezanurzone fale kasztanowych włosów lśniły intensywną barwą, zniknęły gdzieś nagle wszystkie sińce, a usta migotały intensywną, słodką i kuszącą czerwienią.
Zapanowało coś w rodzaju spokoju.
Na jej twarzy, nieskazitelnej i pięknej nad wyraz, poczęły rozpuszczać się śniegowe płatki, które właśnie zaczęły zasypywać Anglię.
Toncereczka
†
Black Angel
http://black.angel.blogasek.pl/
†