Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Rozdział V: Erato

Rozdział V: Erato

Poranek powitał mnie białym, bladym blaskiem rażącym w oczy. Dachy sąsiednich kamienic, chodniki, za oknem wszystko skąpane było w subtelnej śniegowej powłoczce, która znikała momentalnie, kiedy tylko ktoś nastąpił na nią butem. Tylko środek brukowanej ulicy wyzierał na zewnątrz kontrastując swoją czarno-hematytową barwą wilgotnych kamieni. Dzień zapowiadał się spokojnie. Na zewnątrz rozciągała się zwyczajna uliczka, jakby ta cienka warstewka śniegu zakryła ją swoją własną niewinnością. Pod wszechogarniającą bielą bezpowrotnie znikało niezbyt pozytywne wrażenie, jakie zwykle sprawiała. Opustoszała, nędzna i brudna, zadymiona, pełna zwyrodniałych ludzi, kobiet lekkich obyczajów, oszustów, obłąkanych, przeklętych i potępionych, dziś wyglądała jak całkiem porządna i przyzwoita londyńska uliczka.
Mieszkałem tu od jakiegoś czasu, zajmując kilka przyciasnych pokoi po zmarłej ciotce. Przyzwyczajony byłem do mojego rodzinnego domu, całkiem przestronnego, dobrze urządzonego, cieszącego oko drobiazgami, która wskazywały na względną zamożność. Nigdy nie brakowało tam jedzenia, nigdy nie brakowało na utrzymanie mieszkania, nigdy nie brakowało na nic. Dziś - zgoła inaczej, tak to jednak jest, kiedy zamiast iść w ślady ojca obejmując stanowisko bankiera, czego oczekuje cała rodzina, wybiera się nędzny los artysty. Mawiają teraz, że pomimo biedy, spełnienie przynosi twórczy akt. Mnie jednak czegoś brakowało, niekoniecznie poklasku czy sławy, tęskniłem chyba za godnymi warunkami, za jakimś stałym azylem, bezpieczeństwem. Nie znosiłem też dzisiejszych artystycznych środowisk, nie mając zamiaru się z nimi bratać. Czułem, że pozostałem gdzieś w tyle, że ma dusza lgnie bardziej ku romantycznym ideałom, które zdążyły dawno już ustąpić miejsca zupełnie odmiennym.
Od jakiegoś czasu tworzyłem więc okazjonalnie jakieś poetyckie nieszczęścia, roznosząc je po przeróżnych wydawcach, lecz jak na razie żaden z nich nie uznał ich za godnych publikacji dla rzesz spragnionych estetycznych wrażeń ludzi. Ciężko było o jakikolwiek zarobek, kończyły się też pieniądze, które ofiarowała mi matka, jako jedyna litując się nade mną tamtego dnia, gdy zmuszony byłem opuścić rodzinny dom. Nie tracąc jednak nadziei, wciąż tworzyłem i wciąż odwiedzałem coraz to nowych wydawców, czekając na moment, kiedy los się do mnie uśmiechnie. Również i dzisiaj byłem umówiony na kolejne spotkanie.
Swoje lekko podupadające już mieszkanie opuściłem około południa. Przystanąłem w podwórzu jak zwykle oddając się mojemu rytuałowi. Spojrzałem w górę, na popękane i brudne ściany, na kolumny okien rozciągające się ze wszystkich stron, napawające mnie zawsze tym samym niepokojem i poruszeniem nakazującym mi dumać nad tym widokiem, coś było w nim niezwyczajnego. Tutaj nic się nigdy nie zmieniało. Kot właścicielki kamienicy, pani Tuttle, otyłej, zgorzkniałej kobiety o niezbyt urodziwej aparycji, która od niedawna zaczęła odwiedzać progi mojego mieszkania by w dosyć nieprzyjemny sposób wyciągnąć ode mnie zaległe opłaty za czynsz, spoglądał władczo na dół zza parapetu na trzecim piętrze. Skądś dochodził niemowlęcy wrzask, skądś dochodziły czyjeś obłąkańcze krzyki i odgłosy tłuczonej zastawy. Na drugim piętrze, tuż obok mojego, widniało otwarte okno mieszkania należącego do wdowy Carter i jej osiemnastoletniej córki, jak zawsze wypuszczające całe obłoki apetycznych zapachów, jakie powstawały w wyniku rozmaitych działań w ich kuchni. Wdowa nuciła na pogodną piosenkę, swym ponurym i drżącym głosem, do którego wkradała się nutka szaleństwa.
- William! – rozradowany dziewczęcy głos rozległ się gdzieś za moimi plecami wyrywając mnie z zamyślenia. – Myślałam, że już nigdy nie wyjdziesz z tej swojej nory.
Odwróciłem się i ujrzałem córkę ów wdowy.
- Witaj, Hellen. – przywitałem ją, odrobinę niechętnie. Jej oczy, czarne jak dwa węgielki, rozbłyskiwały radością za każdym razem, kiedy pojawiałem się w ich zasięgu, pociągając w moim kierunku ich właścicielkę. – Wiesz… miałem dużo pracy…
- To pewnie napisałeś jakiś kolejny cudowny wiersz! Uwielbiam czytać twoje wiersze, kiedy zaprosisz mnie do siebie? Tak dawno nie dałeś mi żadnego rękopisu… - odpowiedziała dźwięcznie i radośnie, cała podekscytowana. Jej hebanowe włosy, ułożone w liche loczki, gdzieniegdzie skołtunione i rozczochrane, ale upięte ozdobną klamrą, podskakiwały wraz z każdym jej ruchem.
Dostrzegając jej rozanielenie, jej oczarowanie mną, nigdy nie wiedziałem, co jej odpowiadać. Ciągnęło się to niemal od początku mojego pojawienia się w tej kamienicy, kiedy to ta dość osobliwa panna zjawiła się u mnie, aby po prostu poznać nowego sąsiada. Zakochana najpierw w szkicach erotyków, które bezowocnie usiłowałem niegdyś napisać, potem we mnie, pielęgnowała swoją obsesję aż do dzisiaj, nie zrażając się moją obojętnością.
- Tak… tak… dokładnie, właśnie wybieram się do wydawcy, żeby je obejrzał… w zasadzie to powinienem się spieszyć… - wybełkotałem szybko. Było w niej jednak coś, co nie pozwalało mi pozostawić jej tutaj, na środku podwórza bez słowa. Nie wiem czy działała tak jej popielata sukienka odsłaniająca delikatne obojczyki, dłonie bawiące się rękawami i falbanami, wyjawiające jak denerwuje się na mój widok czy może oczy, z natury zawsze przydymione ciemnymi obwódkami, patrzące pełne wytęsknienia.
- Byłoby wspaniale, gdyby ci się udało! – rzekła uśmiechając się. – No to… idź już. Nie będę cię zatrzymywać. Do zobaczenia Williamie!
Odwróciła się szybko, kryjąc coraz bardziej czerwieniejące plamy na jej bladych policzkach i wbiegła do kamienicy zanim zdołałem wydusić z siebie jakąkolwiek odpowiedź na jej pożegnanie. Odetchnąłem ciężko i ruszyłem w stronę centrum. Na ulicy minęły mnie trzy młode prostytutki wodzące za mężczyznami kusicielskim spojrzeniem, oplatającym i ściskającym ich klatki piersiowe niczym węże.
Im dalej od mojej okolicy, tym bardziej zatłoczone stawały się uliczki, coraz częściej pojawiały się postacie zamożnych kobiet i mężczyzn, z góry spoglądających na płatających się pod ich nogami proletariuszy. Choć wciąż żyło we mnie wspomnienie dzieciństwa spędzonego w bogatej rodzinie, chociaż wciąż nosiłem ubrania, choć stare, niczym nie ustępujące burżuazji, czułem, jak ich pogarda dosięga również mnie. Mimo to coś pięknego dostrzegałem w ich wyniosłości i dostojności. O wiele bardziej urokliwy był przysypany śniegiem Londyn tutaj, niż za moim oknem. Ciemne i nieprzyjazne pozostawały tu wyłącznie ciasne zaułki.
Odnalezienie odpowiedniego biura zajęło mi dłuższą chwilę. Skręciłem w jedną z rzadziej uczęszczanych uliczek, do tego dość ciasną, doszukując się jakichkolwiek szyldów. Nic takiego się tam jednak nie znajdowało. Ponownie sprawdziłem adres, nazwa ulicy się zgadzała, podszedłem pod podany mi wcześniej numer domu. Trzeszczącymi schodami, wzdłuż bocznej ściany jakiegoś budynku, wdrapałem się pod drzwi oznaczone danym mi numerem 94 i tabliczką z wyrytym nazwiskiem: „Dorian Graves”.
Zapukałem w drzwi ciężką kołatką, raz, drugi, ale nikt nie otwierał. Wychyliłem się przez barierkę żeby zajrzeć przez okno, lecz panująca wewnątrz ciemność nie pozwoliła mi nic dostrzec. Zwątpiłem, cz aby na pewno znajduję się we właściwym miejscu. Jeszcze raz sprawdziłem adres, numer, nazwisko. Wszystko się zgadzało. Godzina spotkania również. Uznając, że przecież każdy może zrobić sobie przerwę i udać się gdzieś na chwilę poza swoje miejsce pracy, postanowiłem zaczekać. Towarzystwa dotrzymywały mi okoliczne koty, pomiaukując żałośnie od czasu do czasu i mknąc miękko we wszystkie kierunki.
Wreszcie u dołu schodów pojawił się jakiś mężczyzna w kapeluszu i długim czarnym płaszczu, wyglądający na arystokratę. Jego podbródek zdobił delikatny zarost uformowany w szpiczastą bródkę. Oczy krył za przyciemnianymi okularami w ozdobnych ramkach i o okrągłych szkłach. Osobliwa aparycja kazała mi uznać, iż to osoba, na którą czekałem.
- Pan Graves? – spytałem, starając się brzmieć jak najuprzejmiej, zniecierpliwienie i dzisiejszy chłód dawały mi się we znaki.
- Tak to ja. – unosząc głowę w moim kierunku, odparł nieco pretensjonalnie przeciągając głoski. Uznałem to za jego dziwactwo. Każda osoba związana ze sztuką miewa swoje dziwactwa. Należy się więc takowym ludziom dodatkowa wyrozumiałość. – Ma pan do mnie jakąś sprawę?
- Byłem umówiony na trzynastą, obecnie czekam już… - tu spojrzałem na mój stary kieszonkowy zegarek i uśmiechnąłem się uprzejmie – pół godziny.
- Och…! To było dzisiaj? – odparł ze zmanierowanym przejęciem, gestem odsuwając mnie na bok, aby mógł otworzyć drzwi. Jego twarz wykrzywił uśmiech. – Wyleciało mi z głowy.
Pozwoliłem sobie spojrzeć na niego nie kryjąc zdumienia, gdy zniknął w mroku pomieszczenia za drzwiami. Chwilę potem rozświetliły go lampy zawieszone na ścianach. Mężczyzna zdjął swój płaszcz i kapelusz i zawiesiwszy je na wieszaku, wskazał go, abym uczynił to samo. Następnie zaprowadził mnie do gabinetu.
- Proszę mi wybaczyć, naprawdę mi przykro, od niedawna prowadzę tę działalność… Nie mam wielu klientów, nikt nie przychodzi też nie zapowiedziawszy się uprzednio, więc przyjeżdżam tu tylko, kiedy ktoś się ze mną umówi… Cóż, ma więc pan szczęście, że zostawiłem tu kilka swoich rzeczy. – powiedział brzmiąc całkiem wesoło i zaprosił mnie gestem do zajęcia miejsca w skórzanym fotelu naprzeciw ogromnego, ciężkiego biurka. Bez słowa usiadłem na nim, nieco zakłopotany zachowaniem wydawcy. Należało jednak szanować artystów oraz ich dziwactwa.
Graves zasiadł za blatem swojego biurka i jął przeszukiwać jego szuflady, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi. Zauważyłem, że pomimo wejścia do niezbyt dobrze oświetlonego pomieszczenia, na jego nosie wciąż tkwiły ciemne okulary. Wydało to mi się dość osobliwe, dwa duże okna zasłonięte były grubą kotarą barwy wpadającej w burgund, a płomienie lamp dawały i tak nikłe światło. Czy ktoś taki jak on, z pewnością wystarczająco bogaty, nie mógł pozwolić sobie na odrobinę elektryczności w swoim biurze, szczególnie w pobliżu centrum Londynu? Zaintrygowany nieco jego osobą zacząłem się mu przyglądać. Długie, zaczesane do tyłu, czarne włosy związane miał ciemną tasiemką, luźno, tak, że mnóstwo kosmyków w bezładzie walało się dookoła jego twarzy. Na zewnątrz, w dziennym świetle wydał mi się o wiele starszy i dojrzalszy, niż tutaj. Z bliska wyglądał bardzo młodo, niemalże jak mój rówieśnik.
Wpatrywałem się tak w jego osobę, oczekując na jakiś znak, pozwalający mi się odezwać. Graves nadal przeszukiwał jednak szafki i szuflady mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. Zacząłem się więc rozglądać dookoła. W gabinecie panowało coś w rodzaju aury, specyficznej, nieodczuwalnej nigdzie indziej. Może było to spowodowane suchym i gryzącym zapachem starych, pożółkłych już książek i ksiąg wypełniających biblioteczkę znajdującą się tuż za moimi plecami? Po mojej prawej stronie, ze ściany, wisiał, niczym swego rodzaju trofeum myśliwskie, ogromny łeb lwa spoglądający groźnie, jak mi się zdawało, właśnie na mnie. Po lewej mieściła się gablotka pełna przeróżnych drobiazgów i osobliwości – chociażby przyrządów, których przeznaczenia za nic nie mogłem odgadnąć, czy kolekcji przeróżnych czaszek od małych, zwierzęcych, po te wyglądające zupełnie jak ludzkie. Za biurkiem natomiast rozciągał się ogromny obraz przedstawiający tańczącą parę, wirującą wśród cieni, odsłaniających gdzieniegdzie zgniliznę toczącą ciało kobiety, czy jej nagi szkielet wyzierający spod sukni. Zastygli w jednym momencie hipnotyzowali mnie, kręcąc się żywo, frunąc w tańcu…
- A więc? Z czym pan do mnie przychodzi? – powiedział nagle Graves wyrywając mnie ze swoistego transu. Zdezorientowany powolnie oderwałem wzrok od malowidła aby spojrzeć na swojego rozmówcę, nie wiedząc nawet co powiedzieć. – Coś się stało? Coś nie tak?
- Nie… nic… to tylko ten obraz. – bąknąłem i uśmiechnąłem się nerwowo.
- Och… to spod mojego pędzla. – odparł z nutą samouwielbienia – Moje danse macabre, z nutą barokowego światłocienia i iluzjonizmu.
- Więc zajmuje się pan też malarstwem?
- Zajmuję się każdą dziedziną sztuki, ograniczanie się do jednego sposobu uzewnętrzniania odczuć artysty uważam za zdecydowanie niewystarczające, aby oddać głębię rzeczywistości i ludzkiej duszy. – odrzekł wykrzywiając w uśmiechu jedną stronę swoich ust. Dotarł do mnie specyficzny sposób w jaki się wypowiadał, jego twardy akcent, zdecydowanie nabyty gdzieś poza Anglią. Coś kazało mi poznać bliżej tego człowieka, wydawał mi się niezwykle ciekawy, chorobliwie intrygujący.
- Nie chcę być nachalny czy wścibski, ale… Zastanawia mnie pański język…
- Rosyjskie naleciałości. Spędziłem na wschodzie dobre… pół mojego życia – odrzekł, zniżając ton głosu – W żaden sposób nie mogę się tego pozbyć. Jaki jest pański interes? – uciął chłodno. Czułem na sobie jego skupione spojrzenie.
- Piszę wiersze, chciałbym je opublikować.
- Mniemam, ma je pan przy sobie?
- Tak, tak, oczywiście. – powiedziałem szybko, wyciągając z wewnętrznej kieszeni mojej kamizelki pliczek kartek. Graves wziął je do ręki. Miał wyjątkowo delikatne dłonie o długich palcach. Cała jego postać była subtelna i dostojna, rzekłbym nawet: piękna.
- Ach, jeszcze… Pańska godność?
- William Lidwell.
- Dobrze… - mruknął i rozsiadłszy wygodnie za swym biurkiem zaczął zaczytywać się w mojej poezji, pozostawiając mnie znów sam na sam z obserwującą mnie głową lwa. Płomienie świec dawały złudzenie, jakby jego ślepia poruszały się nieco, co czyniło go jeszcze bardziej przerażającym. Szybko skierowałem więc wzrok na ścianę wyłożoną okładziną z ciemnolawendowej tkaniny w czarny, kwiecisty deseń, potem na biblioteczkę. Na grzbietach ksiąg widniały tytuły w przeróżnych językach, wśród których jedynie niemieckie „Die Leiden des jungen Werthers” wydało mi się choć trochę znajome. A może znów dać zahipnotyzować się tańcu śmierci? Nerwy nie pozwalały jednak działać podświadomości i wyobraźni.
Czas zaczął konsekwentnie zwalniać, sekundowa wskazówka niewidzialnego zegara rytmicznie i miarowo rozbrzmiewała w mojej głowie potęgując niepokój. On siedział w swojej jamie, swojej norze, wygodnie, spokojnie, nie czując żadnej presji, zaczytując się po prostu w mojej pisaninie, a ja czułem jak fotel twardnieje pode mną, jak niewygodny się staje, lecz nie miałem odwagi się poruszyć, drgnąć nawet, odezwać się jakkolwiek, głośniej odetchnąć. W gabinecie panowała grobowa cisza, jakby znajdował się poza rzeczywistością, jakby jego mury stanowiły barierę nie do przebycia, oddzielając wszystkie dźwięki i obrazy świata zewnętrznego. Byłem tam jak więzień. Nic nie potrafiłem wyczytać z twarzy Gravesa, zastygłej w zupełnie obojętnym wyrazie. Czekałem na werdykt, na wyrok, nie mogąc odgadnąć jaki może być.
Przyglądałem się więc bez ustanku tym jego gładkim rysom, tej pociągłej twarzy, może nieco groźnej, przesadnie wyniosłej, ale z drugiej strony bardzo intrygującej, jak i on sam, człowiek młody, ale zarazem posiadający ogromny dobytek w postaci materialnych marności oraz wiedzy i doświadczenia. Zagadką wydały mi się jego oczy, jako jedyne ukryte przede mną, jak sekret. W głębi duszy czułem, że to one właśnie mówią teraz najwięcej o moich wierszach, zwężając się właśnie i rozszerzając za przyciemnianymi szybkami, mówią o nim samym, wyjawiając go, jego historię, jego wszystkie tajemnice. Zapragnąłem je zobaczyć, zbadać przenikliwie, poznać barwę tęczówek, wniknąć przez źrenicę w głąb jego umysłu, do jego wnętrza, zajrzeć w duszę… Moje myśli obsesyjnie kłębiły się wokół jego ukrytego spojrzenia, sam nawet nie wiedziałem czemu, nie potrafiłem wyrwać się z tego wirującego koła, obwiniając za to jego, jego oczy, przyciągające mnie jak magnes. Dlaczego je ukrywasz, Dorianie Graves? Dlaczego?
- Oczy… mówią, że są jak zwierciadło duszy, panie Lidwell. Któż chciałby obnażać swoją duszę przed milionami ludzi nieświadomych jej natury, depczących ją bestialsko, nawet jeśli należy do nich samych? Któż wystawił by swą nagą duszę na stratowanie? – odezwał się nagle Graves, cicho, ale głosem głębokim, odbijającym się echem wewnątrz mojej czaszki, wijącym się wokół całego mojego ciała niczym syczący wąż. Zamarłem, w przerażeniu usiłując schować gdzieś wszystkie moje myśli, będąc pewnym, że jakimś sposobem wniknął w nie i odczytał jak z otwartej księgi. A może napisałem coś takiego? Nie mogłem przypomnieć sobie nic, co poczyniło moje pióro, żadnych treści, które przekazałem Gravesowi tutaj, aby je ocenił. Spojrzałem na niego i dotarło do mnie, że przypatruje się mi, odłożywszy moje wiersze na biurku, opierając się na łokciach, zapewne już od dłuższego czasu. Ponownie zapanowała cisza, nie odzywaliśmy się wzajemnie, chociaż miałem wrażenie, że słychać doskonale moje bijące jak szalone z zawstydzenia serce.
- Panie Lidwell, niestety, nie mogę wydać pańskich prac. – odrzekł powoli, przerywając to krępujące milczenie. – Pisze pan dobrze, przyznaję, jednak czegoś brakuje… Jakiejś… autentyczności.
- Co ma pan na myśli? – spytałem, dumny z siebie, że udało mi się opanować i wydobyć z siebie składną wypowiedź.
- Pisze pan głównie o miłości, w dość staromodny, romantyczny sposób, jednak czytając odniosłem wrażenie, że posługuje się pan wyłącznie swoim wyobrażeniem na jej temat, nie własnymi odczuciami, ani doświadczeniem.
Zdumiony byłem, że można tak łatwo można wydobyć z moich prac moją osobistą historię, nie obfitującą raczej w burzliwe romanse, prawdę powiedziawszy - nie zawierającą ich niemal wcale.
- Potrzebuje pan swojej muzy. – kontynuował Graves swoim zwyczajowym zmanierowanym głosem – Prawdziwej kobiety, prawdziwej kochanki. Wraz z nią – prawdziwej pasji, prawdziwego natchnienia. Proszę znaleźć najpierw takową, a potem przelać na papier prawdziwe emocje. I wrócić do mnie.
To rzekłszy uśmiechnął się do mnie, oddał mi pliczek kartek, wstając zebrał swoje dokumenty oraz drobiazgi i udał się w kierunku wyjścia. Również wstałem i poszedłem za nim.
Pożegnał się ze mną zamykając drzwi swojego biura na klucz, a potem szybkim, ale miękkim krokiem, jakby frunął tuż nad ziemią, zniknął za rogiem kamienicy. Nie minęło wiele czasu nim pojawiłem się w tym samym miejscu, w którym on zginął mi z oczu, jednak na dość pustej ulicy nie było śladu ani jego, ani jakiegokolwiek powozu, którym mógłby się przemieszczać, zupełnie jakby rozpłynął się w powietrzu. Dorian Graves zachował się wówczas w mojej pamięci jako człowiek osobliwy, godny utrzymania z nim dłuższej znajomości. Postanowiłem też ustosunkować się do jego rady odnośnie mojego pisarstwa. Jak mogłem być tak głupi – pisać erotyki nie mając pojęcia czym rzeczywista miłość jest, bazując na kilku platonicznych uczuciach żywionych niegdyś do dziewcząt, które nie miały żadnego znaczenia, nawet dla mnie - pisać erotyki kierując się wyłącznie chęcią zysku.
Bądź co bądź chciałem tylko przetrwać.
Drogę do domu spędziłem rozmyślając nad Hellen, próbując pozbyć się niechęci do niej, która tak naprawdę była wynikiem wyłącznie jej nachalności, niczego więcej. Pomijając jej uciążliwą i krępującą dla mnie obsesję, była miłą, uroczą dziewczyną, dlaczego by więc nie uczynić jej swoją muzą i natchnieniem? Wystarczyło więc tylko przekonać się do niej, wzruszyć dla niej własne serce, obdarzyć cieplejszym uczuciem i związać się z nią na trochę. Z wzajemnością korzyści dla obu stron.
Byłem już kilka kroków od wejścia do mojej kamienicy, zdecydowany aby na drugim piętrze zapukać do drzwi pani Carter i zaprosić Hellen do siebie, ugościć ciepłą herbatą, poznać, rozmawiać, może złożyć na jej ustach delikatny pocałunek, może na tyle magiczny, że odmieniłby mój stosunek do całej tej rzeczy, może powstałoby z tego coś prawdziwego. Od jakiegoś czasu rozlegał się skądś ściszony żałosny płacz, rozpaczliwe, bezsilne łkanie wzmocnione echem tutejszych zaułków, jednak nie zwracałem na to większej uwagi, nie było to przecież tutaj nic niezwykłego. Coś jednak kazało mi zatrzymać się i przysłuchiwać tym zawodzeniom. Dobiegały jakby z ciasnej wnęki pomiędzy moją kamienicą a sąsiednią. Kierowany ciekawością zawróciłem w jej stronę. Na drodze widniały ślady małych nagich stóp, wyraźnie wycięte z białej śniegowej powłoczki. Po cichu zakradłem się w głąb tej ślepej uliczki, zacienionej, pogrążonej w mroku, pomimo jasności dzisiejszego dnia. Nie widziałem co znajdowało się na końcu zaułka, nie widziałem nikogo, jednak rozpaczliwe jęki przybierały na głośności z każdym moim krokiem. Były niepodobne do tych, jakie zwykle tutaj słyszałem. Były przerażająco realne i prawdziwe, wzbudzające we mnie litość, pomimo, że trochę się jej wyzbyłem, mieszkając w tym parszywym miejscu.
Byłem już całkiem blisko, widziałem zarys jakiejś skulonej postaci, widziałem kontury jej cieniutkich ramion kiwających się wraz z tułowiem w przód i w tył. Siedziała na zimnej drodze, prawie naga, szlochając bez końca. Podchodziłem więc coraz bliżej, powoli, nie chcąc jej wystraszyć, pchany do niej żałością jaką we mnie wzbudzała.
Odwróciła głowę gwałtownym ruchem. Widziałem tylko jak w jej szklistych oczach odbija się światło ulicy.
- Nie podchodź! – warknęła nerwowo, lecz ja, niepewny czy była to wściekłość czy raczej przeraźliwa rozpacz, kroczyłem wciąż ku niej. Musiałem jej pomóc.
Gdy byłem tuż obok niej, rzuciła się na mnie z całej siły, chaotycznie wymachując wątłymi ramionami, próbując odepchnąć, przewrócić mnie a potem uciec. Nie potrafiłem jej na to pozwolić, chwyciłem mocno za jej ręce i nie puszczałem dopóki się nie uspokoiła. W końcu popatrzyły na mnie zdziwione, opuchnięte od płaczu kobiece oczęta. Wciąż nie mogła powstrzymać spazmów, zachłystywała się zaczerpniętym powietrzem.
- Zostaw mnie… - wydusiła z siebie.
- Pomogę ci. – odparłem czując jak jej nieszczęśliwy widok rozsadza mi serce.
- Zostaw… Proszę… Ja chyba… zrobiłam coś złego…
Dopiero wtedy dostrzegłem że cała prawie jest we krwi. Przeraziło mnie to, ale wciąż nie puszczałem jej z uścisku.
- Ja… nic nie wiem… nie pamiętam…
- Coś ci się stało?
- Proszę… zostaw…
- Potrzebujesz pomocy. Chodź ze mną, mieszkam zaraz obok, musisz się ogrzać…
- Nie…! Tu jest mi dobrze… Tu jest odpowiednio…!
- Zginiesz, kiedy przyjdzie większy mróz, już teraz jest przeraźliwie zimno.
- Tu jest… przyjemnie…
- Potrzebujesz czegoś?
- Wody… dużo wody… muszę to ugasić… to nie przestaje płonąć we mnie…
- Musisz mieć już gorączkę… - mruknąłem, odruchowo jakoś przykładając jej dłoń do czoła.
- Nie…! To parzy mnie tutaj…! Ogień… płonie… tutaj…! – wysapała wskazując na rozległą bliznę po środku klatki piersiowej.
- Chodź ze mną, proszę, pomogę ci. – powiedziałem, na siłę wyciągając już z zaułka. Nie stawiała mi oporu.
- Boję się…
- Wszystko będzie dobrze. – odparłem uśmiechając się do niej ciepło – Jesteś stąd?
- Nie wiem… nie wiem gdzie jestem… - wyłkała spuszczając głowę, zasłaniając się kasztanowymi włosami.
- Jak ci na imię?
- Ja… nie wiem… mówili… Lucy.

Powrót . : . komentuj


17:24:30 8/01/2012

Toncereczka


Ach, po raz kolejny trafiłam na twój profesjonalizm. Dziękuje ci za to, ze piszesz!

http://Toncereczka.id.joe.pl/