Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Rozdział VI: Inferno

Rozdział VI: Inferno

Za nic nie potrafiłem wyjaśnić, co podkusiło mnie, aby przyprowadzić tę dziewczynę do swojego mieszkania. Mógłbym zabrać ją do lekarza, mógłbym zostawić tam, gdzie znalazłem, tyle upadłych na samo dno dam płakało już w tym zaułku skatowanych i porzuconych. Dziś jednak byłem niezwykle podatny na te ludzkie zaklęcia wypowiedziane w myślach przy użyciu odpowiedniej siły woli, ulegałem im bezwolnie, nie panując nad własnymi działaniami i rozważaniami, stawiając samego siebie w sytuacjach, których zwykle usiłowałbym uniknąć. Stałem więc właśnie podparty o ścianę mojej sypialni obserwując łóżko stojące naprzeciw niej, pod ścianą równoległą, zajmowane przez nią. Lucy. Siedziała skulona, wciąż pochlipując od czasu do czasu i trzęsąc się na całym ciele, jak wielokrotnie mnie zapewniała, wcale nie od zimna. Nieśmiała, skrywała swą twarz za wodospadem rdzawo-brunatnych kosmyków, widziałem jednak jak raz po raz zerka na mnie jednym, odsłoniętym bladobłękitnym okiem. Było w nim coś upodabniającego ją do wystraszonego dziecka, pomimo jej dojrzałego ciała.
Powoli zaczynała się uspokajać, ucichł i zwolnił jej oddech, coraz częściej szukała ze mną kontaktu wzrokowego tym swoim oczkiem. Wciąż stałem pod ścianą w milczeniu tylko obserwując i zastanawiając się co dalej począć.
- Kim jesteś? – spytała nagle, drżącym jeszcze głosem, ale brzmiał dużo pewniej i dobitniej niż wcześniej, przypominając bardziej rozkaz niż pytanie. Wyjrzała też zza kaskady swoich włosów, sięgających niemal jej talii.
- Jestem William Lidwell. – odpowiedziałem, uśmiechając się serdecznie, starając się brzmieć jak najprzyjaźniej i jak najcieplej.
- Powinnam mówić „pan Lidwell” czy…
- „William” zdecydowanie wystarczy.
Lucy westchnęła ponuro, odwracając wzrok gdzieś w bok. Umilkła na chwilę.
- Gdzie jesteśmy? – zadała twardo kolejne pytanie, rozglądając się po całym pomieszczeniu.
- W moim mieszkaniu. W Londynie.
Opuściła gwałtownie na podłogę swoje nogi, usiłując siąść prosto i sprawiać wrażenie opanowanej i pewnej siebie, tak jak przystawało kobiecie. Luźne, przedarte ramiączko resztek tego co posiadała na sobie osunęło się niezauważone w dół, odsłaniając delikatny zarys sutka jej krągłej piersi.
- P-panienko…! To znaczy… Lucy…! – zareagowałem natychmiast, przestraszony, chyba za bardzo jak na okoliczności, chcąc ratować jej godność, a może bardziej moją godność, młodego mężczyzny nie przywykłego do tego rodzaju widoków, w dodatku spychającego cielesność na boczny tor, nieco po bożemu doszukując się miłości w sferze sacrum, nawet w obecnych czasach.
Ona popatrzyła z kolei na mnie ze zdziwieniem, nie rozumiejąc tej mojej nagłej paniki, dopiero po chwili zerknęła w dół, na siebie. Przyglądała się temu widokowi, jakby swoje własne ciało widziała pierwszy raz. Z wolna poprawiła ramiączko, wciąż zadumana. Umilkła i zamarła, oglądała swoje dłonie, ramiona, stopy i włosy.
- Panie… - zaczęła cicho, ale poprawiła się od razu – Williamie… Czy mógłbyś… Czuję się tak dziwnie… Czy mógłbyś zostawić mnie samą…? Proszę…
- Oczywiście. – odparłem błyskawicznie, opuszczając pokój i zamykając za sobą drzwi.
Jeszcze raz zadałem sobie to pytanie: co podkusiło mnie, aby przyprowadzić tę dziewczynę do swojego mieszkania? Dlaczego na własne życzenie naraziłem się na serię kłopotliwych sytuacji, które z całą pewnością nastąpią? Dopiero teraz, ze zdwojoną siłą docierały do mnie wszystkie możliwe argumenty przemawiające za pozostawieniem je w ciemnym zaułku, ciążyły mi niemiłosiernie, uderzały jak żelazny młot o moje sumienie. Nie posiadałem nawet pieniędzy, żeby kupić dla niej jedzenie. Nie miałem żadnych ubrań, w które mogłaby się odziać. Jedyne co miałem do zaoferowania to rozpadający się dach nad głową, odrobinę cieplejsza temperatura, parę lichych wierszy dla „rozgrzania duszy” i siebie samego, chociaż nie wiedziałem czemu miałby się przysłużyć ten mój wkład. Zły na siebie krążyłem po sąsiednim pokoju, wlepiając wzrok w podłogę. Co robić? Nie mogłem przecież tak po prostu wyrzucić jej z powrotem na ulicę.
Wtedy, gdzieś pośród mętliku myśli w mojej głowie, zajaśniała ta jedna – Hellen! Najprawdopodobniej gotowa na każde moje zawołanie, jeśli tylko będzie mogła przeparadować wdzięcznie przed moim nosem, zabierając dla siebie moją uwagę i zainteresowanie. Do tego prośba o pomoc byłaby znakomitym pretekstem do spotkania, dalszych spotkań, rozmów, zapoznawania i oswajania się ze sobą, do rozwijania zasadzonych we mnie dopiero ziaren… „miłości”, której to ona posiadała już pielęgnowany od miesięcy, dojrzały kwiat.
Nie czekając chwili dłużej, czym prędzej ruszyłem pod drzwi mieszkania obok. Zapukałem, trochę zbyt nerwowo. Otworzyła mi matka Hellen, podobna do niej, nosząca jednak wyraziste znamię starości, wysłużona przez długie lata, spłowiała, wyniszczona i ponura. Z wnętrza jej lokum wydobywały się kłęby ostrego dymu, jakby ktoś przesypywał tam zawartość ogromnej pieprzniczki.  
- Tak? – burknęła beznamiętnie, opierając się o framugę drzwi, patrząc na mnie swoim zmęczonym i analitycznym wzrokiem.
- Jest może panienka Hellen? – spytałem, z dozą nieśmiałości w głosie, która ujawniała się u mnie zawsze podczas rozmów z kobietami.
- Hellen! To ten poeta do ciebie! – krzyknęła, skrzecząc, dość wzgardliwym tonem w głąb mieszkania, zmierzyła mnie groźnym spojrzeniem od stóp po głowę, przetarła nos wierzchem dłoni i odwróciła się, znikając w chmurze dymu. Chwilę potem wyłoniła się z niej Hellen, cała w skowronkach, rozpromieniona na twarzy. Prawdę powiedziawszy, głos ugrzązł mi wówczas w gardle, przytłoczyła mnie ta jej radość, zdawała mi się wyjątkowo pesząca. Obawiałem się chyba, że mógłbym ją jakkolwiek zranić i nigdy więcej nie zobaczyć tej wesołości.
- William! Jednak tu jesteś, czyżby poszczęściło ci się u wydawcy? – zatrajkotała.
- Posłuchaj Hellen… - zacząłem, uświadamiając sobie, jak ciężko rozmawia mi się z tą dziewczyną, jak ciężko w ogóle rozmawiać mi z kobietami, postawiwszy sobie uprzednio jakiś cel tej rozmowy. Zwykle paraliżowało mnie to moje nieszczęsne romantyczne usposobienie i brak śmiałości. I pomyśleć, że jeszcze paręnaście minut temu miałem w zamiarze stawić się tu, w tym dokładnie miejscu i bez żadnego powodu, bez pretekstu, zapraszać Hellen na herbatę, by później uwieść, co w końcu przy obecnym stanie rzeczy było zadaniem raczej trudnym do niewykonania przy nawet najmniejszym wysiłku.
- Tak…?
- Potrzebuję twojej pomocy.
- Oczywiście, możesz na mnie zawsze liczyć! Czego ci potrzeba? – odpowiedziała. Byłem pod wrażeniem prędkości z jaką wypowiadała kolejne słowa.
- Zjawiła się u mnie, dość niespodziewanie… pewna… moja krewna… - wydusiłem z siebie, naginając nieco prawdę dla Hellen, usiłując w jakiś racjonalny sposób przedstawić zaistniałe okoliczności. Nie umiałem utkać najprostszego słowa, pomimo, że słowa były moim narzędziem pracy, moją własną bronią… Może po prostu ta sytuacja była zbyt nierealna, aby wyrazić ją w realnym zapisie?
- Tak…? I co?
- I właśnie… - zaciąłem się, czując na sobie jej pełen zaciekawienia wzrok – Nie wiem jak ci to opisać, musisz sama to obejrzeć.
Wydusiwszy to z siebie, chwyciłem ją za chłodny nadgarstek i pociągnąłem za sobą do mojego mieszkania. Drobne kosteczki zagrzechotały w mojej dłoni, usłyszałem ciche, rozmarzone i pełne rozkoszy westchnięcie. Byłem dumny, że zdecydowałem się na tak radykalne jak na mnie posunięcie.
Gdy tylko weszliśmy rozległ się odgłos tłuczonego szkła oraz przeraźliwy krzyk. Natychmiast rzuciłem się ku drzwiom prowadzącym do mojej sypialni.
Lucy siedziała przed wysokim stojącym lustrem, pośród jego lśniących kawałków lśniących i migoczących na podłodze, odpadłych od jego tafli, zniekształconej i pokrytej czarną pajęczyną rys oraz pęknięć powstałych w wyniku uderzenia. Znów płakała bez opamiętania, w przerażeniu wpatrując się w swoje własne odbicie szeroko rozwartymi oczami. Podbiegłem do niej, aby podnieść ją z ziemi. Hellen zaglądała wówczas do środka.
- Co się stało, Lucy? – spytałem dziewczynę, uważając aby nie nastąpiła na żaden odłamek lustra.
- To nie ja… To nie ja…! – wysapała wystraszona.
- Nic ci się nie stało?
- Ja… nie wiem… Kto… Ona… Ja… to nie ja…!
- Lucy, proszę, odpowiedz mi, skaleczyłaś się?
- Kim ja jestem…? Kim…?
- Uspokój się, proszę…
- Kiedy… ja nic nie wiem… nie rozumiem już… Co się ze mną dzieje? Tak się boję… - to rzekłszy piskliwym tonem, wtuliła się w moją pierś, roniąc kolejne mnóstwo łez. Nie wiedząc co robić, jak poradzić sobie z jej nastrojem, ułożyłem jej dłoń na głowie i zacząłem delikatnie głaskać. Że też Hellen musiała oglądać to wszystko.
Zerknąłem na nią niepewnie, spodziewając się jej zniesmaczenia czy obrzydzenia, jakiejkolwiek niechęci, a już na pewno trwogi, jednak o dziwo ten żałosny widok Lucy nie poruszył jej w żaden sposób, patrzyła na tę sytuację zupełnie jakby była dla niej czymś normalnym, oczywistym, codziennym. Nie wywołały u niej najmniejszego wstrząsu ani ramiona Lucy całe brudne, czerwone od krwi, ani wiszący na niej obszarpany łachman, ani nawet jej atak szaleństwa i niezrozumiały bełkot. Przyglądała się tej scenie badawczo, spokojna, może nieco spoważniała.
- Pewnie nie masz dla niej żadnych ubrań… - powiedziała powoli, nienaturalnie wręcz jak na nią, kojarzyłem ją wyłącznie z wesołym ćwierkaniem dookoła mnie, a teraz brzmiała stanowczo, rzeczowo – Pójdę po parę moich rzeczy.
Nie odpowiedziałem jej nic, żadnego sprzeciwu, żadnej aprobaty, po prostu opuściła moją sypialnię pozostawiając mnie samego pośród lustrzanych diamentów migotających to tu to tam, z Lucy w ramionach, której zaczynałem się powoli lękać. Bił z niej wtedy jednak pewien specyficzny rodzaj rozkosznego ciepła, nie spotykanego często, nakazującego zatrzymywać je jak najdłużej i jak najbliżej siebie.
- Kto to był? – zachrypiał jej dziewczęcy głosik, już nie tak odważny jak wcześniej. Powolnie jednak rozluźniała swój uścisk, lżej wbijała cieniutkie palce, ciągnąc i gniotąc moje ubranie. Nie przytulała się tak jak przytula się młoda kobieta do mężczyzny, przytulała się jak dziecko do swojego opiekuna i źle było mi z tym z tym uczuciem. Ech, mała Lu…
- Hellen, moja… przyjaciółka, ona też ci będzie pomagać. Wszystko w porządku?
- Nie wiem… - mruknęła cichutko – Nie mam pojęcia co się dzieje, kim jestem, co tu robię, co ze mną nie tak… Wszystko wiruje mi ciągle przed oczami, nieustannie się kręci, to okropne…  I wciąż tak potwornie pali mnie w piersi… Potrzebuję wody… przynieś mi wody, błagam…!
Usadziłem ją na łóżku i pospieszyłem do kuchni. Wróciłem z filiżanką wypełnioną chłodną cieczą. Lucy wypiła ją niemal jednym łykiem, a potem znów skrzywiła się ze smutku.
- Dlaczego to nie pomaga…?! Dlaczego…? Woda rozpływa się gdzieś zanim w ogóle spłynie do gardła, a ja muszę ugasić ten ogień tam wewnątrz mnie…! I nic nie pomaga… nic nie pomaga… - wydyszała rozpaczliwie, znów zaczynając kiwać się w przód i w tył. Do mieszkania wróciła Hellen, niosąc na rękach jakąś wiśniową sukienkę, której nigdy na niej nie widziałem, znoszony, sznurowany gorset, parę pantofli, kilka spinek do włosów i zawiniątko tkanin, których nie potrafiłem rozróżnić.
- Jesteś Lucy, prawda? – zapytała dziarsko, stając naprzeciwko dziewczyny.
- Tak… - powiedziała nieśmiało, kierując na Hellen nieufne, zlęknione spojrzenie. Potem spuściła wzrok, zauważając szkarłatne plamy na swoich rękach. Speszona usiłowała zetrzeć je jakoś bądź zakryć.
- Lucy? – zacząłem spokojnie widząc jej zdenerwowanie.
- Tak?
- Jeśli chcesz, możesz skorzystać z mojej łazienki, jest tam wanna, możemy ogrzać wodę, wymyjesz się…
- Niech woda będzie i lodowata…! – wykrzyknęła błagalnie jakby chwytając mnie za przedramię. – Proszę! Nalejcie zimnej wody, to przyniesie mi ulgę, jak tamto powietrze na dworze, jak lód i jak śnieg!
Zgodziłem się, wymieniwszy spojrzenia z Hellen, która wciąż pozostawała niewzruszona dziwnym zachowaniem Lucy. Zaprowadziłem dziewczynę do łazienki, wskazałem wszystko to czego mogłaby potrzebować, wręczyłem czysty ręcznik, Hellen rozłożyła jej ubrania i pozostawiliśmy ją samą sobie, aby oddawała się toalecie jak długo i w jaki tylko sposób chciała.
Młoda Carter westchnęła uśmiechając się ku mnie, a potem przyklękła przy podłodze i pochylona tak na czworakach zaczęła zbierać okruchy zbitego lustra. Nie wahając się przykucnąłem obok niej, aby jej pomóc.
- Biedna dziewczyna… stłuczone lustro to jakieś siedem lat nieszczęścia. – odezwała się, w skupieniu wybierając z ziemi najdrobniejsze kawałeczki.
„Siedem lat nieszczęścia byłoby całkiem sprzyjającą perspektywą, jak dla niej, sądząc po stanie w jakim ją odnalazłem” – pomyślałem, również tocząc w palcach kryształek, niechętnie wyciągając dłonie po kolejne jakoś obawiając się przypadkowych zetknięć naszych palców. Uniosłem głowę, aby spojrzeć na Hellen. Biała Królowa w popielatej sukience, pokorna, skromna, dobra, czysta, niewinna, cierpliwa i wytrwała, nieskażona teraźniejszością, romantyczna. Jeden mój mały ruch na tej lustrzanej szachownicy mógł wynagrodzić je miesiące wyczekiwania. Ale ja obawiałem się go wykonać, szukając innych wyjść, skrótów i obejść. Opuściłem wzrok na potłuczone kawałki usiłując sięgnąć w końcu po jeden. Tylko, że w odbiciach kołysały się jej piersi niecnie uwydatnione ciasno związanym gorsetem, falował jej wabiący biust, kusiły obojczyki, błyskały zalotne uśmiechy, czerwone usta, cała zmysłowość chichotała, wołała mnie, a ja nie mogłem odnaleźć przestrzeni wolnego od niej, pojmany w sidła Czarnej Królowej po drugiej stronie lustra.  
- Zaparzę herbaty. – rzuciłem pospiesznie, wstając i ruszając w kierunku kuchni. Raz jeszcze wzrokiem zahaczyłem o Hellen – na powrót czystą, białą, niewinną.
Wściekły na siebie sterczałem sam w pomieszczeniu, oddzielony od niej barierą z zamkniętych drzwi, nie rozumiejąc tych sprzeczności, które rozszarpywały mnie jak hieny na dwie połowy. Nie umiałem postępować wbrew sobie, wbrew swoim świętym zasadom, wbrew własnej osobowości, z drugiej strony było mi to potrzebne, miało otworzyć przede mną drzwi, widniejące przede mną od dawna jako zwieńczenie labiryntu, z którego bezskutecznie szukałem wyjścia nie dopuszczając do siebie myśli, że to tamtędy wiedzie jedyna droga. Byłem tak pewien siebie, kiedy wszystko powstawało w mojej głowie, w rzeczywistości jednak coś paraliżowało mnie, niewiarygodnym było jak bardzo mogę bać się tej drobnej istotki… To ja przecież miałem być panem tej sytuacji, wszystkich tych zdarzeń, miałem władać nią, a nie na odwrót, obawiając się tego, jak wszystko dalej się potoczy, jaki będzie ciąg reakcji. Kląłem w duchu na swoją ułomność. Może nie czułem po prostu tego, co powinienem czuć? Zdecydowanie powinienem dać sobie jeszcze trochę czasu.
Wpadła do kuchni otwierając głośno drzwi i wytrącając mnie z głębokiego zamyślenia.
- Wybacz… przestraszyłam cię? – zapytała, bo chyba widocznym było, jak podskakuję zaskoczony.
- Tylko troszeczkę… - odparłem – Coś się stało?
- Nic, skaleczyłam się tylko. – powiedziała z uśmiechem na twarzy, ssąc koniuszek palca.
„Zajmij się, zaopiekuj się nią.” – powiedział głos w mojej głowie i posłusznie wypełniając jego polecenie, podszedłem do Hellen.
- Pokaż mi, gdzie?
- Tutaj. – odpowiedziała krótko i przyłożyła ten sam palec, który trzymała między swoimi wargami do moich ust. Odczytałem to jako subtelną formę pocałunku, o ileż potężniejszą niż wszystkie te całusy na moich policzkach, jakimi obdarowywały w dzieciństwie córeczki sąsiadów. Widząc zakłopotanie w moich oczach, w stronę których rzucała głębokie spojrzenia, dodała – Żartowałam sobie. Posprzątałam cały ten bałagan u ciebie. Co z herbatą?
- A nic… Zamyśliłem się…
- Zamyśliłeś. Nad czym to też dumałeś, Williamie?
- Nad niczym, zupełnie. – odparłem burkliwie, odchodząc kilka kroków od Hellen i opierając się o blat stołu ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Dziewczyna zaczęła przeglądać zawartość wszystkich szafek w kuchni. – Co robisz?
- Szukam herbaty, jeśli pozwolisz, ja ją przygotuję.
Nie odpowiedziałem. Niech robi co chce. Wpatrywałem się tylko w falujące zwiewnie falbany u dołu jej sukni. Głos w mojej głowie również umilkł.
- Co powiedział ci wydawca? – spytała po chwili.
- Że brak mi autentyczności. I że mam wrócić do niego, kiedy dowiem się więcej na temat tego o czym piszę.
- To chyba jakiś postęp, prawda?
- Powiedzmy…
Hellen nabrała już powietrza do ust, aby powiedzieć coś, jednak umilkła nagle, stawiając przed sobą imbryczek, który właśnie wyciągnęła. Nie odzywała się słowem przez tą chwilę, a potem odwróciła się ku mnie i rzekła:
- Williamie, wiesz jak bardzo podobały mi się twoje wiersze… I chcę abyś wiedział, że wierzę w ciebie, że życzę ci jak najlepiej, każdego dnia… i chciałabym jeszcze kiedyś móc przeczytać sobie jakiś…
- Wiem, Hellen, wiem, nie musisz mi tego mówić.
- Pięknie piszesz o miłości. Wydaje mi się, że mało jest już mężczyzn, którzy mieliby taki stosunek do niej, jak ty. – dodała, ściszając coraz bardziej głos i zbliżając się do mnie powoli, stawiając drobne, nieśmiałe kroczki. – Naprawdę, pragnę, z całego serca… żebyś odniósł jakiś swój sukces…
- Hellen… - próbowałem jej przerwać, ale ona nieugięcie kroczyła ku mnie, a ja czułem wszystko to co miało się wydarzyć, wiedziałem co mi powie. I bardzo chciałem od tego uciec, chociaż świadomy byłem, jakim idiotą mnie to czyniło.
- Williamie… dziś jest tak piękny dzień, coś w środku mówi mi, że jest wyjątkowy i odpowiedni.
A może lepiej będzie, jeśli to ona po prostu wprawi w ruch całą tą maszynerię?
- Zresztą, widziałam dzisiaj… te twoje wszystkie spojrzenia, coś muszą znaczyć, prawda?
Westchnąłem i uciekłem od jej świdrującego spojrzenia, zasępiając się i szukając jakiegoś zajmującego punktu w posadzce.
- Williamie, tak długo to już we mnie siedzi, muszę ci to w końcu wyznać. Od tego czasu kiedy się tu pojawiłeś… Ja… zakochałam się w tobie.
W tamtej chwili słyszałem jak bije jej zdenerwowane serce, jak drży lekko, jak spięta jest i jak wyczekuje tego co teraz jej odpowiem, jakby zależało od tego jej dalsze życie. Czułem, że to ja teraz decyduję o tym, czy ocalę ją czy uśmiercę, jednak nie byłem w stanie nic w zasadzie zrobić, byłem bezsilny wobec tej sytuacji, pozbawiony gruntu, po którym mógłbym stąpać. Wiedziałem, że nie potrafiłbym jej zranić i jednocześnie ukoić jej kilkoma obietnicami, kilkoma kłamstwami, dla własnego świętego spokoju, czystego sumienia, musiałem być chociaż w tym zakresie autentyczny i prawdziwy, aby nie negować mojego znaczenia jakie posiadała miłość.
- Wiem, Hellen… - mruknąłem, bardziej chyba do siebie niż do niej, jednak usłyszała to i przylgnęła do mnie, wtulając się we mnie i zatapiając swoją twarz gdzieś w okolicach mojego kołnierza. Objąłem ją, nie do końca pewien, czy dobrze postępuję. – Hellen… Rozumiem co czujesz do mnie. Jednak… Chyba potrzeba mi czasu, żeby to odwzajemnić. Wierz mi, chcę, abyś była szczęśliwa i wierz mi… chciałbym… wydaje mi się, że jesteś odpowiednią osobą. Po prostu daj mi trochę więcej czasu.
- W porządku. – odparła cicho odsuwając się ode mnie. Uśmiechała się, ale była w tym uśmiechu odrobina goryczy. Ja również spróbowałem uśmiechnąć się do niej, aby podratować atmosferę panującą w pomieszczeniu, wystarczająco już duszną i ciężką. – Pójdę sprawdzić co u Lucy.
- Możesz zostać. – palnąłem zanim ugryzłem się w język, padły kolejne nieprzemyślane słowa dyktowane przez mój wewnętrzny głos.
- Nie… długo już siedzi w tej łazience.
Opuściła kuchnię, a wraz z nią zniknął ten krępujący nastrój. Odetchnąłem głęboko. Czułem się jakbym zaczerpnął powietrza po dławieniu się pod wodą.
- William! – rozległ się krzyk Hellen – Chodź tu natychmiast! Błagam!
Zmęczony wszystkim tym, co dzisiaj mnie spotkało, powłóczyłem się w kierunku łazienki. Było w tym krzyku coś przeraźliwego i desperackiego, cóż jednak mogło się jeszcze dzisiaj stać?
Zastałem Hellen klęczącą przy wannie, w której znajdowała się Lucy. Woda była zabarwiona jaskrawą czerwienią od wszystkich tych plam, które brudziły wcześniej jej ciało, ale nie była to najbardziej przerażająca rzecz, jaka odznaczała się w tej scenie. Lucy leżała zupełnie bez ruchu, pobladła, z szeroko rozwartymi oczyma, niepokojąco zamglonymi, nie posiadającymi żadnego kontaktu z rzeczywistością, z twarzą zastygłą w pustym wyrazie. Widok ten odrzucił mnie w pierwszej chwili do tego stopnia, że musiałem wystąpić na moment z łazienki, aby uspokoić się i zaczerpnąć haust powietrza. Dopiero potem, powstrzymując swoje obrzydzenie, dołączyłem do Hellen.
- Ona chyba nie żyje… - szepnęła, a jej słowa odbiły się najpierw echem po pomieszczeniu by potem zakołatać w mojej głowie. Ogarnął mnie smutek, ot kolejne uczucie, którego źródła nie potrafiłem dziś wskazać, nie do opisania, wielka żałość, ciągnąca mnie w dół i w dół głębokiej, mrocznej otchłani, ściskająca serce.
- Hellen, idź do domu.
- Nie, zostanę przy tobie…
- Idź do domu, proszę. Nie chcę żebyś na to patrzyła.
- William…
- Chcę zostać na chwilę sam.
Hellen posłusznie opuściła moje mieszkanie, ostrożnie zamykając wszystkie napotkane na swej drodze drzwi, chcąc zachować panującą ciszę. A mnie zaczynała powoli ogarniać przedziwna tęsknota do tej dziewczyny, której w ogóle nie znałem. Było w niej coś niezwyczajnego. Była inna niż Hellen, niż wszystkie kobiety mieszkające w tej kamienicy, niż wszystkie kobiety mieszkające w Londynie. I za tym czymś tęskniłem.
Zrobiło mi się żal, że nie poczuję już tego jej ciepła.

Powrót . : . komentuj


16:35:25 13/01/2012

Black Angel


Lucy nie mogła umrzeć... Nie mogła. Czekam z niecierpliwością na kolejną notkę!

http://black.angel.blogasek.pl/

16:56:25 12/01/2012

Arandae


Uwielbiam twój styl. Jest barwny, oddziałuje na wyobraźnię. Jak tylko coś wydasz, będę pierwszą w księgarni.
Pisz dalej, bo dzięki twojemu opowiadaniu mam wypieki na twarzy w nudne pełne pracy i nauki dni :)

http://optabilis-pan-narras.blog4u.pl/

14:31:39 12/01/2012

Serafin


No, no, no.
Muszę powiedzieć, że historia, choć z początku trochę topornie się czytało, teraz robi się nie dość, że ciekawa, to jeszcze dobrze napisana.
I niech mnie piorun, jeśli Pan Graves nie jest też wampirem.
Czekam na dalszy ciąg!

brak www

22:15:10 10/01/2012

Queen Of Joker


Błagam, niech on nie będzie z Lucy. Błagam, niech on nie będzie z Lucy. Lubię brazylianki, ale nie kiedy wiadomo kto z kim będzie.
A w rozdziale... jak i w poprzednim zakochałam się. <3

brak www

22:06:27 10/01/2012

bez podpisu


Mhh, skończyć w takim miejscu... Znowu nie będę się mogła usnąć~

http://kanashii-ureshii.blog4u.pl/