Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Rozdział VIII: Lustro

Rozdział VIII: Lustro

- Williamie…!
Skądś rozlegał się ściszony ton zapomnianego głosu. Rozbrzmiewał kryształowym echem, dźwięczał jakby przymglony, nierzeczywisty.
- Williamie, obudź się…!
Głos wołał i wołał, wyciągał z sennej otchłani, a ja bezsilnie uciekałem przed nim, otępiały i na wpół świadomy.
- Williamie, proszę…
Otworzyłem niechętnie oczy, marszcząc przy tym brwi, usiłując dociec kto budzi mnie w środku nocy. Ujrzałem nad sobą dwie błękitne tarcze połyskujące w nikłym świetle sączącym się zza okna. Dopiero po chwili dotarło do mnie do kogo należały i one i tamten kryształowy głos.
- Lucy…?! – z mojego gardła wyrwał się zduszony krzyk, momentalnie zerwałem się z fotela, na którym spałem.
- Przestraszyłam cię…? Przepraszam. – zakłopotana mruknęła cichutko, swym dawnym drżącym, cieniutkim głosem.
- Ale… Jak to możliwe…? – wydusiłem z siebie, tak niewiarygodny wydawał mi się teraz jej widok, stojącej jak gdyby nic się nie wydarzyło, owiniętej prześcieradłem przysłaniając ze wstydem swoje ciało, niewinnej, dziecinnej, zlęknionej, takiej jak przedtem – Cały ostatni tydzień… leżałaś na wpół martwa…! Pogrążona w jakiejś diabelskiej śpiączce…! A teraz ni stąd ni zowąd stoisz tutaj, budzisz mnie w środku nocy…?!
Byłem na nią wściekły. Nie powinienem był ale byłem, czułem narastający gniew jaki we mnie wyzwalała, tą niechęć okrutną, całą frustrację, jaką przez nią doświadczyłem. Obudziła się. Po dniach męczarni i nieszczęść, po dniach czuwania nad nią, opiekowania się nią, nieustannych próbach podtrzymywania jej przy życiu, choć bardziej chyba były to zabiegi pielęgnujące jej komfort, w końcu, kiedy dla mnie i tak była już umarła, kiedy przywykłem do tego jej umierania, do obecności śmierci w mojej własnej sypialni, kiedy już jej faktyczne odejście nie wstrząsnęłoby mną ani trochę tylko pozostało obojętne w zupełności, nie czyniąc żadnej większej różnicy. Wstała, istniejąc przede mną, konfrontując mój gniew z jej niewinnością. Patrzyła na mnie ze zdziwieniem, nie rozumiejąc jakby, co miałem na myśli, mówiąc o jej śpiączce.
- Tydzień…? Martwa…? Nic nie wiem o tym… Wydawało mi się, że zasnęłam zwyczajnie w kąpieli. A teraz czuję się naprawdę wyśmienicie.
Prychnąłem z niedowierzaniem rzucając w jej stronę chłodne, badawcze spojrzenie. Zniknęły wrzody na ramionach, nie pozostawiając ani jednej blizny, zniknęły sińce, skóra zaróżowiła się nieco, wciąż bardzo jasna, jednak wskazująca, że gdzieś pod nią płynie jakiekolwiek życie. A we mnie burzyło się coś właśnie, nie chciałem oglądać jej takiej. Dla mnie była już martwa, poddałem wszelkie nadzieje, nie miała więc prawa ozdrowieć nagle, na przekór mnie.
- Powinnaś iść się ubrać. – rzekłem sucho i ruszyłem w stronę zwisających ze ściany lamp, aby rozświetlić nieco pomieszczenie. Lucy spochmurniała.
- Mam nadzieję, że nie byłam dla ciebie i dla panienki Hellen problemem… Że nie nadużyłam gościnności…
- Ależ skądże… - mruknąłem, siląc się aby zabrzmieć jak najmniej pogardliwie. Odwrócony do Lucy plecami, usłyszałem tylko jak przemyka to tu, to tam, szukając chyba ubrań od Hellen. Gdy się odwróciłem, stała już przed tym co pozostało z mojego lustra, przebrana w zwiewną haleczkę i podtrzymując na sobie stary, zużyty, ofiarowany jej wcześniej gorset.
- Z chęcią założę suknię od panienki Hellen, nie potrafię jednak sama sznurować gorsetu… Mógłbyś mi pomóc?
Westchnąłem ciężko i podszedłem do niej, od niechcenia biorąc w ręce plątaninę sznurków. Przez chwilę staliśmy tak w ciszy.
- Miałeś kiedyś wrażenie, że tkwisz w ciele, które do ciebie nie należy?
- Raz. Kilka lat temu moi dawni koledzy poczęstowali mnie laudanum. – powiedziałem beznamiętnie, ciągnąc i szarpiąc rzemyki, to przetykając je przez oczka czy rozplątując.
- Nikt nie dawał mi laudanum… tak sądzę. A czuję się tak właśnie przez cały czas…
Na chwilę uniosłem wzrok, natrafiając na jej odbicie w lustrze. Przyglądała się sobie, przechylając głowę na bok.
- Kim właściwie jesteś? – zapytałem po chwili.
- Nie wiem. Nie pamiętam nic, oprócz tego co wydarzyło się przed moim początkiem. To znaczy, zakładam, że to co było po moim początku wydarzyło się naprawdę i to pamiętam.
- Twój początek?
- Racjonalnym wydaje mi się nazwanie tego w taki właśnie sposób… Mój początek. Śnię o nim. Za każdym razem śnię o tym samym i śni mi się właśnie mój początek. Mogę ci opowiedzieć?
- Tak, proszę… to ciekawe o czym śni osoba, która nic nie pamięta..
- A więc zaczyna się od tego, że się budzę. Pierwsze co widzę to mrok. Ciemność na około mnie, nade mną, wszędzie. Tylko dookoła mnie jest widno. Leżę na ziemi, zasypana brunatnymi liśćmi, wilgotnymi i zimnymi, prześlizgują się na mnie i pode mną. Brodzę w błocie, w spulchnionej, miękkiej ziemi. Na początku nie mogę się poruszyć, ręce i nogi mam odrętwiałe, nie panuję nad ciałem, mogę dygotać jedynie cała w konwulsjach, bezsilna zupełnie, uwięziona wewnątrz samej siebie. I czuję już wtedy jakbym to nie była ja. Zaciskam pięści, napinam się, odzyskuję władzę we wszystkich mięśniach i udaje mi się wstać. I wtedy dociera do mnie ból. Całe ciało boli, zlodowaciałe, sztywne jakieś, każdy punkt, każdy fragment promieniuje z osobna, każdy jest torturą. Głowa pulsuje potłuczona jakby, od pleców rozciąga się potworne kłucie, na piersi goreje jakby żywa rana, rozcięta głęboko, do krwi, do ludzkiego mięsa, a serce płonie ogniem, gorętszym niż jakikolwiek inny ogień. Wydaję z siebie krzyk, jednak niknie on gdzieś w tej ciemności, nie słyszy go nikt. Poza tą przedziwną obecnością, tak, jest tam jeszcze ktoś, skryty wewnątrz mnie, czai się, zabiera powietrze, dusi, wypycha na zewnątrz. Zupełnie jakby ktoś jeszcze siedział tu ze mną w tym ciele, zabierał niematerialną przestrzeń… Ciasno jest nam tak we dwoje. Potem kroczę już tylko przez te czeluści nieprzeniknione, jednak zupełnie jakbym nie przemieszczała się wcale, wciąż pod nogami te same liście, ta sama ziemia, te same czarne pnie drzew i ja pośród nich, sama zupełnie, niewidzialna. Aż czyjaś dłoń chwyta mnie za ramię, niespodziewanie i ciągnie za sobą, nie jestem w stanie odwrócić się i zobaczyć kto to, czuję tylko uścisk tej ręki. I wtedy znikają nagle liście i ziemia, i drzewa, i mrok, przed oczami mam coś zupełnie innego, inny sen, jakby nie mój, nie do mnie należący.
- Cudzy sen…? – westchnąłem, wciąż zajęty rzemykami, słuchając jej niesłychanej opowieści dość obojętnie, samemu dziwiąc się dlaczego aż tak nieczuły się stałem.
- Tak. Widzę róże, całe mnóstwo róż, szkarłatne różane pole, wieje wiatr i wzbija w górę miliony płatków. Wszędzie roztacza się ich słodka woń, muskają delikatnie moją twarz. Jest przyjemnie. A potem nagle wszystko znów się urywa. Leżę w jakimś domu, nade mną pochylają się czyjeś głowy pozbawione twarzy, mówią coś do mnie, jednak nie rozumiem ich, nie słyszę wyraźnie. Znowu jest ciemno. Jest tam chyba starsza kobieta i mała dziewczynka. Opiekują się mną, poją mnie… Ale woda od starszej kobiety ma dziwny smak… A ja mimo to wypijam ją całą, spragniona potwornie, muszę pić, muszę pić… I znów przed oczami mam cudzy sen, zupełnie kogoś innego niż przedtem, tak mi się wydaje. Znów jest przyjemnie. Nad głową rozciąga mi się błękitne niebo, słońce przygrzewa leciutko, wszędzie dookoła jest zielono i kwieciście. Bawię się na czyimś dworku, obok troje ludzi siedzi przy stoliku pijąc herbatę, rozmawiając, śmiejąc się. Jeden z nich jest młodzieńcem, uśmiecha się do mnie, a mnie zaczynają palić policzki, zupełnie nie wiem dlaczego. Jest wesoło, radośnie, słonecznie, pogodnie, spokojnie… aż nagle wszystko zachodzi krwią, mnóstwo krwi, wszędzie dookoła mnie, zaślepia mnie, przesłania wzrok, tonę w tej krwi, cała w niej skąpana, cała nią skażona, czując jej palące piętno na sobie… ach!
- Spokojnie, Lucy! – burknąłem, gdyż zaczęła miotać się nieznacznie, przeszkadzając mi bądź co bądź w moim zajęciu.
- Proszę wybaczyć… przeżywam ten sen, może nieco zbyt mocno…
Umilkła po tym. Ja bliski byłem już ściągnięcia wszystkich rzemyków, nie dbając zbytnio o to, czy nie robię tego zbyt mocno.
- Jeśli mogę spytać… kim ty jesteś? – zapytała nieśmiało, kiedy wieńczyłem już moje dzieło finezyjnym supłem.
- Nikim.
- Ale posiadasz wszystkie swoje wspomnienia… Zdecydowanie jesteś kimś.
- Jestem nikim. Zdecydowanie nikim, nikim szczególnym.
- W takim razie jak bardzo nikim muszę być ja… - westchnęła smętnie opuszczając głowę. – Nie jesteś przypadkiem poetą…?
- Skąd ten pomysł? – prychnąłem wzgardliwie.
- Słyszałem, jak mówiłeś…
- Ty też słyszałaś to wszystko? – przerwałem jej szybko.
- Tak. Nie powinnam była?
- Nie.
- Ale… czy to nie jest właśnie praca artysty? Poety? Spowiadać się ze swoich emocji przed publicznością?
Nie odpowiedziałem jej na to pytanie. Zakołatało jedynie gdzieś w mojej głowie. „Brak autentyczności” - rozbrzmiał wewnątrz mnie ten dumny, arystokratyczny ton głosu Doriana Gravesa. Mój największy problem. Brakowało mi odwagi aby obnażyć swoje emocje przed innymi ludźmi. A kiedy już to uczyniłem, za wszelką cenę chciałem to wymazać, cofnąć czas, nie robić tego znowu. Może to ten palący wstyd był miarą artyzmu? Może im bardziej i gwałtowniej wyrywałbym z mojej duszy kolejne kawałki i rzucał je na pożarcie publiczności, tym większym bym się stał? W głowie zaświtała mi jedna myśl: zmienić swoje życie.
A potem zgasła zakryta moją rezygnacją. Odnalazłszy sens sam zamknąłem go w masywnej, drewnianej szkatule, zostawiając chyba na później. Potrzebowałem wytchnienia od rzeczywistości.
- A co z panienką Hellen?
- A cóż miałoby z nią być?
- Zdaje się ciebie bardzo lubić.
- Zdaje się, że już się tym odpowiednio zająłem. – uciąłem i odszedłem w kierunku okna. Oparłszy się o parapet wyjrzałem na zewnątrz. Niebo wciąż było spowite w czarną, zimową noc. Lucy wyszła do łazienki nakładać na siebie suknię, pozostawiając mnie samego ze swoimi myślami. Po raz pierwszy od dłuższego czasu naprawdę korciło mnie, aby sięgnąć po pióro i pisać, pisać namiętnie, pisać cokolwiek, kreślić, tańczyć na papierze, wirować wraz z atramentem, nie myśleć zbyt dużo nad słowem, pisać dla samej przyjemności pisania, byle co, byle o czym… Coś odżywało we mnie, tak samo jak Lucy odżyła chwilę temu. Moja dusza budziła się z letargu.
- Jesteś jakiś inny. – przerwała mi niespodziewanie, przemierzając moją sypialnię fruwając dziewczęco i wprawiając tym w ruch wszystkie z ciemnoczerwonych falban.
- Jaki?
- Inny… kiedy zabrałeś mnie do siebie zachowywałeś się zupełnie inaczej, mówiłeś w inny sposób, innym głosem.
Spojrzałem na nią – rumianą, żywą, energiczną, pogodną w jakiś swój własny sposób, a potem na swoje odbicie w lustrze. Wydało mi się wyjątkowo nieprzyjazne i groźne, rozgoryczone, wyblakłe, szare, pozbawione radości – martwe. I przeraziło mnie wtedy jak cały ten chłód, cały ten niepokój minionych dni, frustracja i żal do samego siebie łatwo zawładnęły mną całym. To nie byłem ja.
- To nic… to tylko… przejściowy nastrój. I brak snu.

Powrót . : . komentuj