Z tej gwałtownej zmiany stanu zdrowia Lucy najbardziej ucieszyła się Hellen. Obdarzała ją ogromnymi pokładami sympatii, wciąż chyba mając ją za moją kuzynkę. Uśmiechała się do niej co krok, zabawiała, gawędziła, a Lucy zerkała tylko co jakiś czas nieśmiało, często nie odzywając się słowem, ewentualnie mrucząc coś pod nosem. Dziwne wydawało mi się zawsze to, że przy mnie wypowiadała się zupełnie swobodnie, a w obecności Hellen ogarniała ją niezwykła nieufność, wstydliwość jakby nakazująca jej szukać ciemnych kątów, kryjówek, w których mogłaby schronić się przed nieprzychylnymi ludźmi. Dzielnie jednak stała wciąż w centrum mojego mieszkania pozwalając się obskakiwać przez rozemocjonowaną młodą Carter.
- Taka jesteś śliczna, Lu! – powtarzała wciąż unosząc się nieposkromioną radością, a potem biegła do siebie, wracając z naręczami różnobarwnych sukien, co prawda o nieco staromodnych krojach, które z lubością kolekcjonowała. Przed oczami przewijały mi się tylko tkaniny różnorakiej faktury, różnorakiego połysku i w różnorakich deseniach: białe, kremowe, pistacjowe, turkusowe, amarantowe, cynobrowe, wrzosowe, indygo… Chwilę potem wszystkie te potoki lśniących materiałów zastygały na subtelnym kształcie Lucy, dodając jej jeszcze więcej wdzięku, niż w ogóle posiadała. Hellen ciągnęła ją wówczas ku krzesłu ustawionego naprzeciwko lustra i jęła bawić się jej fryzurą, rozanielona możliwością ujarzmienia burzy kasztanowych włosów. Tworzyła na jej głowie rozmaite dzieła sztuki, wiążąc, przeplatając, tapirując, układając, prostując i falując na zmianę – to powstawał skrupulatny warkocz, to kok misterny, to upięcie z prawej czy z lewej strony, kosmyk raz upuszczony celowo, to całe pasma lejące się na ramię, upięte tylko w górze ozdobną klamrą. Na każdą sekundę przypadała jedna artystyczna kompozycja stroju i ładu na głowie, a Lucy siedziała tylko cierpliwie znosząc wszystkie te zabiegi, tą swoistą zabawę sobą, bez słowa, bez jęknięcia żadnego, nawet kiedy została zbyt mocno szarpnięta za włosy, pozwalając Hellen traktować się jak dużą, bardzo realistyczną lalkę.
Nie dało się zaprzecie temu jej urokowi, tej śliczności, aurze, którą samoistnie wytwarzała. Na ten szczęśliwy widok coś pękało w tym moim wciąż trochę przekornym sercu, jednak weselałem powoli, ale konsekwentnie, bacząc, czy nie unieszczęśliwiam się na siłę.
Podczas tamtych dni umiłowaliśmy sobie szczególnie we trójkę spacery po Londynie. Lucy wkładała wówczas tamtą czerwoną suknię – pierwszą jaką dostała - i wyruszaliśmy: ja, trzymający pod rękę Hellen z przodu oraz Lucy, cicho krocząca za nami, pokornie, przyjmująca tą naszą hierarchię z pogodą, jak nasza własna pupilka, mały piesek. Wydawała się zlękniona wielkiego świata, jakby nie dojrzała jeszcze do jego natury, jakby nie rozumiała jeszcze jego złożoności. Chadzaliśmy tak wspólnie wśród zaśnieżonych ulic i uliczek mijając zadbane kamieniczki czy przeróżne sklepowe witryny wabiące i cieszące oko swym bogactwem. Zahaczaliśmy też nieraz o przemysłowe dzielnice pełne ogromnych fabryk wystających z obłoków brunatnego dymu. Podziwialiśmy wraz z Hellen tę monumentalność, tę srogość, w obojgu nas wywoływała chyba podobne uczucia. Lucy tymczasem zajęta była oglądaniem kształtów śnieżynek, przybrudzonych tutaj sadzą opadłą z kominów. Jako drogę powrotną obieraliśmy sobie zazwyczaj tą biegnącą tuż przy Tamizie.
Udzielały mi się te pogodne nastroje. Widziałem szczęśliwą twarz Hellen, która miała mnie oraz szczęśliwą twarz Lucy, która nie miała niczego. Jej widok właśnie najbardziej oddziaływał na mnie swą bezinteresownością i szczerością, ocieplał moje serce, wtłaczał w nie pokłady żywej radości. Widząc ją – odartą z tożsamości, wspomnień, domu, rodziny, a jednak – pogodną, czerpiącą znikąd wesołość, nie potrafiłem nie cieszyć się wraz nią. Doświadczałem wtedy najwspanialszych momentów w moim życiu, odrobinę nieświadomie. Przez te kilka dni ani na chwilę nie zostałem sam. Zawsze był ktoś obok.
Pisałem nawet, śmiało próbując manifestować uczucia żywione do Hellen, wciąż nie do końca będąc pewnym, czy były prawdziwą miłością. Gdzieś wewnątrz mnie robiło się jednak ciepło na myśl o niej, uznałem więc, że wszystko było tak jak być powinno. Nie traciłem ani chwili z tego mojego własnego, osobistego szczęścia. Londyńska rzeczywistość barwy popiołu zaczęła nagle mienić się wszystkimi kolorami. Radość odurzała mnie jak narkotyk.
Kilka dni przed Nowym Rokiem wybraliśmy się na taką właśnie, zgodnie z naszym nowym zwyczajem, przechadzkę. Za oknem naszej kamienicy rozciągało się wyjątkowo niezimowe, pozbawione niemal zupełnie chmur, rozsłonecznione niebo. Panował pomimo tego jednak odczuwalny chłód - Lucy i Hellen kroczyły otulone grubymi opończami, a każdy ich oddech materializował się w postaci białawych mgiełek. Kierowani chęcią wyrwania się na chwilę z naszej dzielnicy zepsucia, ruszyliśmy w stronę centrum, natrafiając tym samym na niewielki placyk. Nie pełnił on żadnej znaczącej roli, po prostu istniał jako nieco większy fragment wolnej przestrzeni, rzadko uczęszczany przez tłumy. Przypominał bardziej wspólne, szare, wybrukowane podwórko należące do wszystkich otaczających go kamienic i domów jednocześnie lub wyjątkowo przestronny zaułek. Dziś zebrała się na nim cała masa gapiów – ustawiali się w okręgu, pozostawiając wolny obszar wewnątrz lub wystawali z okien swoich mieszkań aby móc oglądać jakieś swojego rodzaju widowisko. Ktoś wołał:
- Ludzie! Wszyscy ludzie! Chodźcie! Jedyny taki spektakl w waszym całym życiu! Jedyna, niepowtarzalna okazja na doświadczenie tej nowatorskiej formy sztuki! Oderwijmy się od tradycji! Oderwijmy się od przeszłości!
Zerknąwszy pytająco w stronę Hellen, ruszyłem w głąb tłumu. Ona oraz Lucy podążyły za mną. Zdołałem dotrzeć do wewnętrznego brzegu okręgu.
Jakiś wysoki, szczupły młodzieniec o delikatnych, kobiecych wręcz rysach twarzy, zataczał się w środku koła, rozsypując na ziemię strzelniczy proch. Wydawało się to całkowicie pozbawione ładu, chaotyczne, niepoukładane, bezsensowne, on robił to jednak bez ustanku, przyglądając się co rusz temu co tworzył, mierząc badawczo ciemnoszare smugi, wstęgi tańczące wokół niego. Oddychał ciężko, słaniał się na nogach jakby był czymś mocno odurzony, a kiedy starczało mu sił dalej zwoływał publiczność. Wśród ludzi rozbrzmiewały pełne niepokoju szepty. Ja widziałem w jego oczach natchnienie, ten płomień, który nakazuje działać, który pożera artystę od środka, jeśli nie ma możliwości uzewnętrznienia swoich myśli.
W końcu przestał miotać się bezładnie, przystanął i przyjrzał się swojemu dziełu, a następnie zwróciwszy się do całości zgromadzonych ludzi, rzekł:
- Powinniśmy się odciąć w końcu od przestarzałych reliktów, zacząć coś nowego, nową myśl, nową ideę! Dlaczego wciąż musimy patrzeć na obrazy dawności, na „klasykę”, dlaczego nie możemy oderwać się od nich? Zburzyć muzea! Zburzyć muzea! Bunt!
Wszędzie wokół zapanowała cisza, przerywana raz po raz pojedynczymi szmerami szepcących między sobą osób. Wszystkie oczy skierowane były na jasnowłosego chłopaka, wyrażając niezrozumienie.
- Jest pijany…? – spytała cicho Hellen. Nie odpowiedziałem jej, wyczekując dalszego ciągu zapowiedzianego wcześniej „spektaklu”.
- Jesteśmy tu i teraz! W tej jednej chwili! W jednym momencie! Nic poza tym! Dlaczego by więc dźwigać ze sobą rozrosły bagaż minionych epok? Dlaczego dać się przez niego spowalniać?
- Odpuść sobie te niedorzeczności, Dominic… - odezwał się ktoś beznamiętnym, spokojnym tonem głosu, gdzieś niedaleko nas. Młodzieniec, do którego kierowane były te słowa, roześmiał się.
- Nie odpuszczę! Bo dlaczego miałbym? Czas wciąż goni ku przyszłości, ku temu co będzie, nie staje w miejscu, nie otula tych wszystkich waszych zakonserwowanych zabytków! Dzieło powinno trwać dzień, nie dłużej: wiersz – raz odczytany – zniknąć w płomieniu, obraz - zniszczony być powinien w dzień po jego premierze, dramat – raz tylko na wieki odegrany!
- Ale któż o tobie będzie pamiętać, jeśli zniszczysz to co stworzysz, litości! Nie myślisz trzeźwo, natychmiast przestań, zanim znów zrobisz sobie krzywdę.
- Wszystko będzie jak należy, nic mi się nie stanie, mój drogi mistrzu, zobaczysz, spodoba im się!
Chłopak podwinął rękawy, ukazując rozległą na całe ramię bliznę, wyglądającą na pozostałość po poparzeniu, i zaczął poszukiwać odpowiedniego fragmentu swojego misternego dzieła na ziemi. W końcu znalazł, przystanął nad nim i niewiadomo skąd wyciągnął rewolwer. Kilka wystraszonych dam cofnęło się w głąb tłumu. Blondyn skierował lufę w bruk, w proch, który rozsypał i oddał strzał, drugi, potem kolejny, aż w końcu pojawiła się iskra mająca ożywić jego dzieło.
Na ziemi pojawiły się ogniste węże wijące się, falujące, syczące groźnie, błyskające złocistym żarem, tryskające światłem i podrywające się gwałtownie w powietrze. Gapie odsunęli się o kilka kroków w tył obawiając się wystrzeliwanych wszędzie dookoła odłamków, chłopak tkwił jednak w środku całego tego zdarzenia, nie dbając zupełnie o dziury wypalane w jego ubraniach, o poparzenia, o rozrywaną skórę, stał dumnie pośród kłębów dymu, jak animator, jak dyrygent, a wokół niego trzaskało, buchało, strzelało, jarzyło się, mieniło kolorami ognia – on był poza tym, nietykalny albo nie posiadający nic do stracenia, jak ktoś, dla kogo sztuka jest całym życiem, jak ktoś, dla kogo poświęcenie własnego życia w takim celu nie było niczym nadzwyczajnym.
Coś na kształt iskrzącego się smoka wzleciało w górę trzepocząc skrzydłami, zaryczało, zionęło ogniem, a potem zniknęło równie szybko jak się pojawiło. Całe to widowisko trwało nie dłużej niż kilka sekund. Wszyscy umilkli, w oczarowaniu wpatrując się w punkt, w którym przed chwilą lśniło to złudzenie, zastygli wstrząśnięci nie do końca wiedząc czy faktycznie uznać to, co przed chwilą przyszło im zobaczyć za arcydzieło czy może za przerażająco spektakularną próbę samobójczą.
- Widzieliście?! – krzyknął rozpaczliwie ów Dominic, doszukując się wśród publiczności wyraźnej aprobaty dla tego co zrobił – Piękne, czyż nie?! Piękne, chociaż ulotne!
- Dominic, udowodniłeś już swoją tezę, skończ już i wracajmy… - wtrącił tamten mężczyzna, nazwany wcześniej mistrzem, zmęczonym, zobojętniałym głosem, jakby nużyło go już zachowanie swego ucznia.
- Nie! Nigdzie nie chcę wracać!
- Dominic, proszę cię… to bez sensu…
- Nigdzie nie chcę wracać, mistrzu!
- Natychmiast…!
- Jeszcze tylko jeden…
- Jeden…?
- Tak. Tylko jeden. – odparł powoli unosząc w górę swój rewolwer – Jeden szkic… Ostatni…
Nikt nie wydobył z siebie żadnego dźwięku, nikt nie zdążył zajęknąć, wydusić z siebie czegokolwiek, powstrzymać tamtego młodego chłopaka. Lufa przylgnęła do jego skroni, kierowana jego przedziwnym natchnieniem, a przedziwna inspiracja poruszyła jego palcem, naciskając na spust. Ostatnia kula przeszyła jego czaszkę na wylot, głośny, rwący dźwięk strzału przeszył ciszę, smuga krwi przeszyła powietrze, pryskając wszędzie wokół – na ziemię, na ścianę kamienicy, na ludzi stojących naprzeciwko niego – tworząc malowniczy akt jego myśli lub studium jego artystycznych wizji.
Większość odeszła wówczas wstrząśnięta i oburzona tym zdarzeniem, część pozostała wpatrując się w martwe ciało, które legło bezwładnie na ziemię. Nie wiedziałem dlaczego wciąż tam stoimy. Widziałem tylko jak Hellen ogląda pustoszejący placyk nieco zahipnotyzowana, zakrywając oczy Lucy, która drżała lekko przygryzając wargi jakby miało to jej pomóc powstrzymać natłok emocji rozsadzających ją od wewnątrz. Biedna, wrażliwa istotka.
Ktoś jednak zaczął powoli i ostentacyjnie klaskać.
- Zaiste, wyborne to przedstawienie… ten cały spektakl, dopracowany pod każdym kątem… – powiedział. Skądś znałem ten specyficzny głos, ten sposób wymowy, jednak nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Rozlegał się gdzieś w pobliżu mężczyzny zwanego mistrzem.
- Pan Graves! Cóż za niedopatrzenie! Witam, witam serdecznie! Zupełnie pana nie zauważyłem. – odrzekł mistrz. – A więc przypadło panu do gustu to infantylne widowisko?
Dorian Graves. Oczywiście, jak mógłbym nie wpaść na taką oczywistość?
- Ach, panie Bouclieur, dlaczego od razu traktować je jako infantylne? To był przejaw świeżej idei, głos dzisiejszej młodzieży. Przyzna pan, że była odrobina racji w tym co mówił, a mianowicie, czyż nie jest prawdą to, że nie powinniśmy hamować naszej kultury poprzez powielanie wciąż staroświeckich schematów? Dlaczego negować nowatorskie pomysły? A muszę przyznać - ten był iście nowatorski.
- Więc popiera pan pomysł, aby młodzi artyści popełniali samobójstwa w przypływie natchnienia? – burknął Bouclieur podchodząc ku ciału Dominica. Przystanął nad nim, nie pochyliwszy się nawet nad nim, aby sprawdzić, czy może jakimś cudem udało mu się przeżyć i czy nie potrzebuje pomocy lekarza.
Tłum rozchodził się, jak gdyby nigdy nic powracając do swoich uprzednich dążeń. My wciąż tkwiliśmy w tym samym miejscu.
- Nie popieram samobójstw, skądże znowu!
- Odciąć się od tradycji, burzyć muzea… Jednodniowe poematy i malowidła. Niedorzeczność. – prychnął tamten, tocząc pod podeszwą swojego buta drobne, opalone kamyczki.
- Na obecne czasy i owszem. Niechybnie zginął, mógłby zapoczątkować zupełnie nową rzecz, gdyby tylko wstrzymał się z tym, odczekał dekadę, dwie, trzy może... Historia pokazuje jak wiele niedorzeczności jest w tym, czym lubujemy się dzisiaj, a co nie do pojęcia wydawało się tym, którzy żyli przed nami… Szkoda. Wielka szkoda…
Graves również wyszedł na środek placu. Wyglądał dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy widziałem go pierwszy raz. Znów czarny cylinder i płaszcz, znów luźno związane włosy, znów oczy przysłonięte ciemnymi szkłami.
- Zdaje się pan nie żywić do tego chłopca żadnych głębszych uczuć, panie Bouclieur…
- Większe było z niego utrapienie niż z kogokolwiek, z kim miałem kiedykolwiek przyjemność dzielić się tajnikami naszej profesji. – westchnął mężczyzna - Nie do końca miał chyba poukładane wszystko w głowie, stąd tyle nieporozumień… Wyjątkowo ciężki do oszlifowania diament… Diament… kamień najzwyklejszy! Nie wydaje mi się, aby miał też kogokolwiek, kto tęsknił by za nim. Więc cóż… nic tu po mnie. Do widzenia, panie Graves!
Bouclieur szybkim krokiem zniknął z placu, skręcając w pierwszą napotkaną uliczkę, chcąc chyba jak najszybciej uciec od tego co się tam wydarzyło. Graves przez chwilę przypatrywał się Dominicowi, jakby doszukiwał się w jego martwym ciele dalszych interpretacji spektaklu, który został wystawiony. Wokół pozostało już tylko kilka przechodniów o niezbyt przyjaznej aparycji, czyhających chyba tylko na dogodny moment, aby rzucić się na trupa w poszukiwaniu należących do niego cennych przedmiotów lub pieniędzy.
- Witam, panie Lidwell. – powiedział odwracając z wolna głowę w naszą stronę, od razu, gdy tylko dostrzegł nas kątem oka.
- Dzień dobry, panie Graves. Co pan tu robi? Osoba taka jak pan nie uczęszcza chyba na byle jakie uliczne widowiska? – zapytałem od razu.
- Dlaczego zaraz byle jakie? Ten chłopak nazwał to swoją sztuką, istniała przecież szansa, że jest to coś wartościowego, coś co może zachwycać, zaspokajać estetyczne gusta wszystkich, czy to robotników, czy mieszczan, może nawet i elit.
- We mnie wzbudziło raczej obrzydzenie… O ile dobrze mi się zdaje, sztuka powinna być czymś… harmonijnym… pięknym, jednakowo dla wszystkich…
- A jednak, brzydota również zdobywała swych zwolenników.
- Jednak to, co wydarzyło się tutaj, było zbyt brutalne. – uciąłem zdecydowanie. Graves umilkł na moment, by po upływie chwili, podejść do nas.
- Zdaje się, że wziął pan sobie moją radę do serca, panie Lidwell. Dwie urocze istoty u pana boku… cóż za rozkoszny widok dla oczu.
- To jest Hellen Carter. – przedstawiłem pierwszą z moich towarzyszek, zastanawiając się czy powinienem dodać jeszcze „moja przyjaciółka” albo „moja ukochana”. Ostatecznie nie dodałem nic. – A to Lucy.
- Dorian Graves, miło mi. – odparł uśmiechając się do każdej z nich w kusicielski sposób, całując obie w dłoń. Zwróciwszy się do Lucy, ujrzawszy jej twarz, znieruchomiał na moment, zamierając jakby. Uśmiech zszedł mu na moment z twarzy, a potem powrócił ze zdwojoną siłą, jako bardziej triumfalny. Ona również wpatrywała się jak zahipnotyzowana w jego postać, rozchyliwszy delikatnie ustka jakby ze zdumienia. – Hm… Interesujące. Bardzo interesujące…
Dłuższą chwilę przypatrywał się Lucy w zamyśleniu, a mnie uderzyła nagła zazdrość o tę dziewczynę, pomimo, że to Hellen, nie ona, była moją wybranką i pomimo, że nie darzyłem jej żadnym uczuciem, może poza jakimś przyzwyczajeniem, bo w końcu od ponad tygodnia nie spędziłem ani jednej chwili bez niej. Uważałem ją poniekąd za pewien rodzaj mojej własności, nie godząc się na jej naruszanie, szczególnie poprzez nachalne spojrzenia, w tym przypadku wyjątkowo, wydawać się mogło, lubieżne.
- Co jest interesujące? – przerwałem mu.
- Hm? Nic, nic… nic, doprawdy! – odparł, śmiejąc się. – Intryguje mnie jednak pewien… aspekt… Kim jest Lucy, panie Lidwell?
- Moją kuzynką.
- Och… kuzynką, mówi pan. A więc pana wybranką musi być ta urocza, czarnowłosa dama… Mniemam, iż ma już pan gotowy cały tomik świeżych wierszy?
- Cóż, niewiele mi do tego brakuje. Wszystko powinno być już gotowe w przeciągu jakichś… czterech dni.
- Cztery dni… Mam uznać to za zapowiedź pana wizyty w moim biurze dzień przed Nowym Rokiem?
- Jeśli pracuje pan w ten dzień…
- Panie Lidwell, dla mnie to nie praca, to przyjemność i pasja. Zresztą, kto celebruje Nowy Rok w południe?
- Niechaj więc będzie. Tylko proszę nie zapominać o tym spotkaniu. – dodałem z uśmiechem.
- Zapewniam, drugi raz się to już nie powtórzy. – powiedział i spojrzał w niebo – Zdaje się, że czas już na mnie… Proszę uczynić dobry użytek z dzisiejszego dnia, jest wyjątkowo piękny. Wieczór również zapowiada się magicznie. Pana najdroższa pewnie ucieszyłaby się z takiego podarku. – rzekł, opuszczając głowę. – A więc, do widzenia!
Odwrócił się i ruszył poprzez plac, znikając w tej samej uliczce, co Bouclieur, ja poprowadziłem Hellen, która chwyciła moje ramię w przeciwnym kierunku. Lucy jednak ani drgnęła, stojąc wciąż tak samo, wpatrzona w martwy punkt w przestrzeni, w punkt, który jeszcze chwilę temu był zupełnie materialny, pod postacią Gravesa.
- Lucy, chodź z nami! – zawołała Hellen, oglądając się za siebie. Dopiero wtedy tamta wzdrygnęła się i zorientowawszy się, co się wydarzyło, dołączyła do nas biegiem. – Coś ci jest?
- N-nic… - wyjąkała cicho, brzmiąc trochę nieswojo. – Zamyśliłam się…
- Zamyśliłaś…? Oj, chyba wiem, kto zaprzątnął ci głowę… Ten cały Dorian Graves…
- Co…? Wcale… nie… to on…? – wybełkotała, jakby nie wiedziała co odpowiedzieć, ani jak zebrać na powrót swoje myśli. – Williamie… kto to był?
- Wydawca… jeśli dobrze pójdzie, opublikuje moje wiersze. – odpowiedziałem obojętnie, skupiając się coraz bardziej na tym, aby jak najszybciej wrócić na Flutter Street, zasiąść przy sekretarzyku i pisać.
- Trzeba przyznać, wyjątkowo… nadzwyczajny mężczyzna. Przyznaj, Lucy, spodobał ci się?
- Ja… nie jestem pewna… To on… miał w sobie coś… nie potrafię tego wyjaśnić, dziwnie poczułam się w jego obecności…
- Spodobał ci się. – prychnęła żartobliwie Hellen – Williamie, najdroższy, czy nie uważasz, że rację miał co do tego dzisiejszego dnia?
- Jest rzeczywiście piękny.
- A co sądzisz o magiczności wieczoru?
- Jest wysoce prawdopodobna. – mruknąłem z uśmiechem.
- Wyjdźmy więc gdzieś razem… sami. Tylko we dwoje! – zaproponowała ochoczo, cała rozpromieniona, a ja zmierzyłem ją tylko zdawkowym spojrzeniem, nie do końca przekonany co do tego pomysłu.
Black Angel
http://black.angel.blogasek.pl/
†